Zacznijmy od kultury

Sprawa, o której piszę pochodzi sprzed kryzysu ukraińskiego. Mam nadzieję, że nie zamieni się on w wojnę, która zmiecie wszystko – razem z tymi rozważaniami – z powierzchni Ziemi. W związku z tym, mam też nadzieję, że wyrażanie zdania na temat obecnego i przyszłego kształtu bliskiego mi wycinka rzeczywistości ma jakiś sens.

Co jakiś czas nieśmiało zaczyna się na nowo dyskusja o polityce kulturalnej państwa, konsekwencjach zmian w teatrach, galeriach, muzeach i kilku instytucjach przyznających granty artystom i badaczom. Ostatnio ten temat powrócił przy okazji przekazania pieniędzy na Świątynię Opatrzności ukrytych pod postacią dotacji dla Muzeum Jana Pawła II i Stefana Wyszyńskiego. Na pierwszy rzut oka temat polityki kulturalnej może wydawać się nudny albo „nieżyciowy”. W końcu wszyscy muszą jeść, niemal każdy korzysta ze służby zdrowia, większość z jakiejś formy transportu publicznego, a produkcja kulturalna, może poza filmami, dociera do dosyć wąskiej i wciąż kurczącej się grupy. Sądzę jednak, że temat jest istotny. Choćby dlatego, że ciągle od poglądów tej wąskiej grupy zależy kształt zbiorowej wyobraźni.

Dobry pretekst do zajęcia się tematem daje nieudana „rozmowa ludzi kultury o Okrągłym Stole”. Sądząc po pobieżnym przejrzeniu tzw. „internetów”, nie tylko ja uznałem zachowanie gwiazdora Michała Żebrowskiego za żenujące. Wydaje mi się, że reakcje świadczą o pewnej zmianie klimatu. Sporo w tym było jednak estetycznego zawodu. Komentowano osobliwe wypowiedzi właściciela teatru o kurach i kaczkach. Tymczasem była to być może największa rola Żebrowskiego. W kilkanaście minut odegrał chyba wszystkie chwyty czcicieli transformacji. Na potrzeby tego tekstu nazwijmy zestaw chwytów „stylem Żebrowskiego”.

Po pierwsze, Żebrowski wyraźnie założył, że skoro jemu jest dobrze, to znaczy, że w ogóle jest dobrze. Ten rodzaj narcyzmu jest uroczy i pozwala nie przejmować się zanadto otaczającym światem. Znacznie utrudnia ponadto dyskusję, ponieważ z czyimś doświadczeniem trudno dyskutować. Żebrowski podkreśla więc swoją ciężką pracę. Fakt, że inni tyrali i nie dostali takiej samej szansy zbywa wzruszeniem ramion będąc w gruncie rzeczy przekonanym, że tak naprawdę to ci, którym się gorzej powiodło po prostu nie tyrali dość ciężko.

Kolejny chwyt jest moim ulubionym, ponieważ często stosowano go na mnie. Przyjęcie osobistej perspektywy prowadzi stosujących styl Żebrowskiego do przekonania, że każdy powinien mówić wyłącznie o własnym doświadczeniu. Stąd pytania w rodzaju: a) „ile Pan ma lat?”, b) „źle panu w życiu?”. Jest to bardzo sprytne posunięcie. Młody wiek przekreśla przecież możliwość „prawdziwego” doświadczenia czasu niedostatku i przemocy. Jeśli ktoś nie pamięta legendarnego octu i pałowań, nie ma prawa krytykować. Trochę tak, jakby niedoznanie otwartego złamania unieważniało ból doznany przy dotkliwym poparzeniu.

Pytanie b) jest pułapką jeszcze sprytniejszą. Jeśli ci źle, to znaczy, że nie dość się starasz, a to znaczy, że dla osoby stosującej styl Żebrowskiego jesteś przegrany, marny i nie trzeba się tobą przejmować. Jeśli odpowiesz przecząco, sprawiasz dyskutantowi problem, ponieważ troska o dobro wspólne się w stylu Żebrowskiego nie mieści. Krytyczny szczęśliwiec to skrzyżowanie wody z ogniem. Co oznacza, że jesteś ekscentrykiem albo marzycielem i nawet jeśli pracowałeś ciężko można się tobą nie przejmować.

Choć styl Żebrowskiego nie ułatwiał zadania, Paweł Demirski usiłował z aktorem rozmawiać i przedstawić mniej cukierkową wizję „polskiego sukcesu”. Mówił o szwankujących usługach publicznych, o wykluczeniu, o rozwarstwieniu. Szkoda, że ludzie kultury nie doszli w zasadzie do tematu kultury. Szkoda, bo kiedy poskrobać politykę kulturalną, natychmiast wyłaniają się te same schematy myślenia, które są dobrze znane z innych dziedzin. Mamy więc do czynienia z ograniczonym dostępem do kultury, zaniedbaniem edukacji artystycznej, wspieraniem instytucji w dużych ośrodkach, inwestycjami w infrastrukturę bez dbałości o program. Do tego rozmowy o kulturze, mimo silnej identyfikacji lewicowej znacznej części twórców, kuratorów i teoretyków sztuki, prowadzone są często językiem mocno skrzywionym przez wolnorynkową religię. Wciąż jeszcze można usłyszeć apologie „klas kreatywnych”, na wysławianiu których wspaniałą karierę zrobił Richard Florida.

Sądzę, że tak zwana „produkcja kulturalna” musi być elitarna. [1] Wartościowe dzieła mogą być hermetyczne. Jednak sytuacja, w której funkcjonowanie obiegu kulturalnego opiera się zasadniczo na mecenacie państwa, a jednocześnie spada już nie tyle uczestnictwo w kulturze (chodzenie do kina, teatru, muzeum), co zrozumienie dla sensu jej istnienia jest niebezpieczna. Nie wszystko jest dla wszystkich, ale jeśli nie potrafimy przekonać społeczeństwa, że wspieranie milionami z budżetu produkcji teatrów, dawanie grantów artystom, którzy w końcu „sprzedadzą swoje bohomazy bogatym hipsterkom” ma sens, mamy problem. Tymczasem artyści, kuratorzy, teoretycy, pracownicy galerii, muzeów, teatrów, oper, filharmonii, urzędnicy z wojewódzkich i miejskich biur kultury nawet nie bardzo się starają wytłumaczyć, dlaczego „robienie w kulturze” to nie tylko system synekur chroniący członków klasy średniej przed degradacją. To jest problem, który wymaga rozwiązania systemowego.

Trzeba jednak przyznać, że środowisko artystyczne, również dzięki temu, że siedzi w niszy, wzięło na siebie otwieranie debaty publicznej.

Co ciekawe, „kulturotwórczą rolę kultury”, udział teatru, filmu, muzeum w kształtowaniu klimatu intelektualnego wielkomiejskiej klasy średniej najlepiej widać z prawej strony sceny politycznej. Zapewne dlatego, że ten klimat jest dlań nieprzyjazny. Kilka tygodni temu Wojciech Wencel napisał na swoim blogu, że „kultura jest kluczem”. Jarosław Kaczyński ostrzegał na początku lutego przed lewicowo-liberalnym „marszem przez instytucje”. Prawicowym publicystom i politykom łatwiej przychodzi dyskutować o kulturze, niż samym ludziom kultury.

Stąd, a także ze świadomości słabości „ludzi kultury” płynie zapewne sukces polityki historycznej.  Sukces, który pokazał, że Disneyland Powstania Warszawskiego jest w stanie przyciągnąć więcej osób, niż wszystkie „krytyczne instytucje”. A uważam, że to te ostatnie są nam najbardziej potrzebne. Ciągle potrzebujemy, żeby ktoś nam pokazywał lustro, które pokazuje nas w wersji niebohaterskiej, nie cukierkowej, niesztampowej. Inaczej pogrążamy się, jako wspólnota, w rojeniach o wielkości.

Musimy porozmawiać o polityce kulturalnej. O zaniedbanej edukacji. O zagubieniu instytucji, które nigdy nie będą skuteczne w swoim „krytycznym dyskursie”, jeśli zapomną o swojej roli w tworzeniu wspólnoty. Po co? Dla kogo?– to są pytania, które jakby wypadły z języka na 20 lat. Najwyższy czas włożyć je tam z powrotem.


 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *