Notatki świętego starca

Zanim wrócę do omawiania spraw związanych z poletkiem tak zwanej kultury, chciałbym się podzielić wrażeniami z lektury. Są to moje subiektywne odczucia spisane kilka dni po zamknięciu książki.

„Europa w obliczu końca” Marcina Króla spełnia rolę przewodnika dla kogoś, kto przespał ostatnią dekadę. A ponieważ spora część polskich elit spała sobie w najlepsze, nic dziwnego, że kiedy kryzys ich ochlapał i się ocknęli, książka została bestsellerem.

Obie części książki to bardzo zwięzły, jasny wykład. Pierwsza omawia pokrótce pęknięcia zidentyfikowane we współczesności (nie tylko w Europie zresztą) i jest przystępnym wprowadzeniem do podstaw projektu, który napędza kontynent od osiemnastego wieku. Druga to streszczenie wydawnictw Krytyki Politycznej z ostatnich dziesięciu lat. Nie odmawiam Królowi błyskotliwości. Ten napisany w jeden wieczór interwencyjny esej musiał się wylać z człowieka o ogromnej erudycji. Czarę przelały współczesne spory. Widać to po ilości stwierdzeń krytycznych wobec współczesnych polityków, ekonomistów, ale też, wyraźnie wciąż bliskiego Królowi, kościoła katolickiego.

Popularność tej książki to nauczka: znów okazuje się, że ważne kto mówi. Różne lewicowe i konserwatywne środowiska wałkowały te tematy przez 10 lat, lewicowe nawet dość konsekwentnie. I co? I nic. A tymczasem ze słodkiego snu o potędze budzi się profesor Król i jest hit.

Ale to dobrze. Może dzięki tej książce większa część opinii publicznej nieco się po spanku odświeży? Warto żeby przyswoiła choć drugą część, która zmusza, by zastanowić nad tym, co się na świecie dzieje obecnie, zamiast uparcie gapić się przez różowe okulary.

Obawiam się jednak, że czytelnicy tej książki przejdą do porządku dziennego nad koszmarnie arbitralnymi stwierdzeniami, których autor nawet nie stara się obudować żadnymi zastrzeżeniami. Momentami tekst sprawia wrażenie pisanego w takim pośpiechu, jakby po każdym akapicie mówił stojącej nad nim Śmierci: jeszcze pięć minut, proszę. Tymczasem niedawno na własne oczy widziałem, że humor mu dopisuje i jest w formie. A od napisania książki minęły już dwa lata.

Niektóre z uproszczeń przeszkadzają w osiągnięciu deklarowanego we wstępie celu, jakim jest rozjaśnienie kryzysu, w którym Europa się znajduje. Jest dla mnie zrozumiałe, że zdeklarowanego liberała interesuje najbardziej nurt, z którym się identyfikuje. Jednak kwitowanie potężnego nurtu socjalistycznego i paternalistyczna ocena, że „nie był zbyt głęboki” to dziecinada. W ten sam sposób co bardziej prostaccy ateiści kwitują złożony dorobek chrześcijaństwa. Ten poziom nie licuje ani z powagą wyznaczonego celu, ani z pozycją intelektualnego guru.

Król posuwa się nawet dalej, stwierdzając w pewnym momencie, że nacjonalizm nie mieści się w „europejskiej normie” głębokości myśli, a socjalizm od biedy tak. Ta „europejska norma”, przyznam, bardzo mnie zafrapowała. Przypuszczam, że mieszczą się w niej na przykład Kartezjusz, Spinoza i Ortega y Gasset. Na żółtym polu jest Marks, ale już taki Owen – jest poniżej normy. Czy w tej normie jest Platon, czy na przykład jako „wróg społeczeństwa otwartego” już się nie mieści? A Popper, który tym wrogiem Platona okrzyknął? A jego kolega z klasy Wittgenstein? A może Jaspers tak, a Heidegger nie? Nie przepadam za uniwersytecką tendencją do obwoływania się jedynym „głębokościomierzem”. Suche odwołanie do „głębokości myśli” równie często bywa usprawiedliwieniem dla tolerowania bełkotu, co odrzucenia klarownego wywodu.

W „Europie…” sporo jest też nieścisłości. Na 72 stronie pojawia się wizja wojny domowej w Hiszpanii, która jest nie do przyjęcia. Najpierw z ironią potraktowany jest rząd Frontu Ludowego (bo nie odpowiada ideałowi demokracji, którego skądinąd Król nigdzie nie opisuje), następnie cała walka z Franco zostaje skwitowana jako głupota. Dlaczego? Bo szeregi Republikanów były „infiltrowane” przez bolszewików. Jeżeli włączenie się ZSRR w rozgrywkę w Hiszpanii wystarczy, żeby całą sprawę uznać za głupotę, to analizowanie czegokolwiek jest niemożliwe. W takim razie nie da się też inaczej skwitować powojennego entuzjazmu w Polsce, na Węgrzech czy w Czechosłowacji. ZSRR ukradł show, więc chęć odwrotu od przedwojennej niesprawiedliwości należy uznać za głupotę i nie zajmować się tym więcej. Nie jestem profesorem, ale nie wydaje mi się to dobrą metodą uprawiania historii i nie przybliża na pewno do „zrozumienia źródeł”.

Na dodatek w tej bajce o Hiszpanii Orwell pojawia się jako obserwator, jakby nie dowodził oddziałem i nie był przykładem zaangażowania wolnościowego socjalisty w walkę z faszyzmem. Czyżby taka figura się u Króla nie mieściła?

Pominę kilka, problematycznych dla mnie, skrótów myślowych, które można uzasadnić formą eseju. Tak, jak zostawiam autorowi rozwikłanie prostej zagadki, którą zadaje czytelnikom: jak to możliwe, że w czasach brutalnego wczesnego kapitalizmu J. S. Mill sugeruje, że ludzie będą dążyć do maksymalnego szczęścia? (Tak, Król naprawdę się dziwi, że w momentach, w których szczególnie widoczne jest cierpienie powstają dzieła przedstawiające wizję szczęścia i, jeszcze raz tak: pisze, jakby dziewiętnastowieczni robotnicy dążyli do warunków, w których się znajdują).

W każdym razie to, że Król sobie pewne rzeczy przemyślał trzeba mu poczytać na plus. Osławiony wywiad także, choćby i się miało tysiąc zastrzeżeń.

Chciałbym tylko dodać, że Święci Starcy mają się dobrze. Być może rzeczywiście nie ma już Autorytetów. Są natomiast ikony. Ikony czasem zakwitają: kwiatami, które posadził i podlewał ktoś inny, ale zapach można wdychać bez roztrząsania takich szczegółów.

Jeden komentarz

  1. Pełna zgoda, ale wiesz co? Jego środowisko się tym nie przejęło. Miekko sobie przechodzą na bezpiecznie drobnomieszczańskie, pseudolewicowe, pozycje KrytPola…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *