Szybka notatka o Pałacu Saskim

Postulat odbudowy Pałacu Saskiego, chociaż żywo dyskutowany, nadal nie wzbudza moim zdaniem emocji, jakie ta sprawa powinna wywoływać. Nie dziwi mnie to szczególnie – materia jest skomplikowana, argumenty złożone, a w takich warunkach trudno wykrzesać ogień. A jednak jakoś oczekuję gorętszej dyskusji.

Rozmawiałem niedawno na ten temat z pewnym architektem. Przyznam, że prawie mnie przekonał. Dyskusja o tym, jaki stan zabytku uznajemy za reprezentatywny jest bardzo interesująca. Musi zahaczyć o filozofię: trzeba rozstrzygnąć, co „właściwym zabytkiem”, jak postępować z nawarstwianiem wartościowych projektów itp.

Dlatego kamienica na ul. Foksal, w której dopiero po 6 latach bitw z konserwatorem udało się przywrócić dekoracje jest dobrym argumentem. W tym wypadku byłbym zwolennikiem przywrócenia dekoracji. Tym samym mój sprzeciw wobec odbudowy Saskiego zostałby zdemaskowany jako czysty sentymentalizm, stanowisko nie oparte w jakichś głębszych poglądach na temat praktyk konserwatorskich.

Architekt, z którym rozmawiałem stwierdził, że Warszawa ma wiele otwartych ran, które dopiero niedawno udało się zasklepić. Spierając się ze mną, usiłował przypisać mi stanowisko, według którego zasadniczo nie powinno się nic budować, bo większość pustych działek w Śródmieściu to wynik wojny.

Mój rozmówca wysunął jeszcze jeden argument, który bardzo trudno mi zbić. Mianowicie – ciągłość historii Warszawy. Czy to miasto, zapytał, nie zasługuje na swoją pamięć? Czy sposobem przywracania tej pamięci nie jest odbudowa kluczowych obiektów na Trakcie Królewskim? Przecież przy odbudowie Starówki, dodał, wskazywano, że Zamek Królewski jest centralny dla tej ciągłości, a poniechano jego odbudowy. Zaryzykuję twierdzenie, że jest tu pewna manipulacja, bo Zamek był odbudowany, kiedy szlachecka przeszłość i nacisk na ciągłość państwa stał się lepszym sposobem legitymizacji władzy PZPR, natomiast w latach 50. za tę legitymizację starczyło odwołanie do sprawiedliwości społecznej i władzy proletariatu. W czym mieściło się symboliczne i realne podniesienie z ruin Starego Miasta – domów Kilińskiego oraz innych bojowych mieszczan, ale odbudowa siedziby prezydenta sanacyjnego państwa już nie.

Myślę sobie, że nie chodzi tu o „zasklepianie ran” ale bardziej o usuwanie blizn. A blizna to mocniejsza tkanka, którą na rozdarte ciało naciągnął organizm. Są świadectwem pokonania złej historii. Ale przypominają o niej ciągle.

Sądzę, że ta forma Grobu Nieznanego Żołnierza jest znacznie lepsza, niż przypadkowy nieco Grób zagubiony w pełnej kolumnadzie pałacu. Samotny kikut na wielkim placu. Łatwy do ominięcia, kiedy idzie się do otwartego parku (kiedyś w kolumnadzie były kraty i bramy), monument ten przypomina o kruchości ludzkiego życia. O tym, że nie jest łatwo utrzymywać posterunek. Jest wzniosły swoją skromnością. Ale dzięki temu, że wznosi się na pustym niemal placu (efekt psuje nieszczęsny krzyż), ma siłę.

Natomiast monument zagubiony w kolumnadzie nowego ratusza będzie kolejnym miejscem, które świadczą o tym, że Polska stoi na krwi i bliźnie, ale ten romantyzm jest milczący, zagubiony w trzech piętrach kolumn łączących dwa skrzydła projektowanego budynku.

Nie ufam architektom i urbanistom, którzy chcą „nadać placowi Piłsudskiego skalę”, „dać Ratuszowi jedną siedzibę, na którą zasługuje”, „załatać dziury”.  Z zupełnie osobistego punktu widzenia, nie godzę się na dalsze niszczenie mojej Warszawy: miasta nie pogrodzonego. Dobrze, że nie jest już tak pusta, jak 20 lat temu. Niech żyje! Ale nie zapychajmy jej sanacyjnym sentymentem.

Polska przecierpiała tyle, że Nieznanemu Żołnierzowi należy się spokój, a nie harmider Urzędu Miasta.

Taka jest moja, bardzo emocjonalna reakcja, na zapędy dotyczące pl. Piłsudskiego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *