Czas fanatyka

 

 

Mam wrażenie, że Robert Krasowski jest zjawiskiem unikatowym. Siła jego wizji polityki wynika z pewnej powierzchowności analizy i kurczowym trzymaniu się głównych bohaterów. W „Po południu” – był to Wałęsa, w „Czasie gniewu”, choć miał być nią Miller – Balcerowicz.

Krasowski pisze książki o polityce, które dobrze się sprzedają, nie będąc tylko rozbudowanym „Faktem”, ani nie przedstawiając tematu w sposób zanadto górnolotny. Może trafniej byłoby napisać, że pisze książki o władzy: jej akumulowaniu, dewaluacji i transferowaniu. A o tym powstaje książek bardzo niewiele, a takich, z wyrazistymi bohaterami jeszcze mniej.

Na pewno siłą obu tomów cyklu składającego się z „Po południu” i „Czasu gniewu”, jest osobiste podejście. O ile jednak pierwsza książka pozwala zrozumieć nie tylko dynamikę pola władzy, ale też zniechęcenie obywateli do elit stosujących pedagogikę wstydu, o tyle druga bardzo nieśmiało wychyla się z Wiejskiej i okolic. A jeśli już, to chce się, by szybko wróciła w dobrze znane rejony.

Przyjęcie wizji polityki, która przede wszystkim, jest grą o władzę (dla władzy), dla której poglądy i hasła są drugorzędne, choć daje Krasowskiemu znakomite narzędzia do opisu rozgrywki, często zaciemnia mu obraz. Pisze on, że nadejścia „czasu gniewu”, czyli wlania się tłumionych przez prawie dwie dekady frustracji do „dużej polityki”, przerwania tam wstydu, „wyzwolenia ludu”, które zmieniło scenę polityczną, „nie dało się przewidzieć”. Zagospodarowanie potencjału frustracji jest dla niego nie do końca zrozumiałe, bo, choć pisze o wyzwaniach transformacji i pogardzie, jaką Unia Wolności w gruncie rzeczy żywiła dla społeczeństwa, pokłady gniewu powinny być o wiele mniejsze. Wielkość tych złóż musiała zaskakiwać kogoś, dla kogo Leszek Balcerowicz jest bohaterem pozytywnym.

Tymczasem, Krasowski pisze swoją książkę długo po wydaniu choćby „Klęski „Solidarności”” czy „Strefy przejścia”. Nie może jednak użyć aparatu Osta, ani żadnego podobnego zestawu narzędzi, ponieważ musiałby się zająć na serio roszczeniami obywateli, potraktować poglądy jako coś więcej, niż wehikuły unoszące polityków na wyżynach władzy.

Taki przywilej zasadniczo przysługuje poglądom trzech postaci: Wałęsy w „Po południu” oraz Balcerowicza i Hausnera w „Czasie gniewu”.

Mam wrażenie, że celem pierwszej z książek była w ogóle rehabilitacja prezydenta w oczach opinii publicznej. Przedstawienie wojny na górze z boku, a nie z perspektywy zwycięzców (bo ostatecznie Wałęsa przegrał), pozwalało pokazać instynkt polityczny przywódcy „Solidarności”. I to jest wielka zasługa Krasowskiego – wychodzenie poza szablon. Niestety, efekt bardzo często niweczy brak krytycyzmu przejawiany w stosunku do ulubionych postaci.

Autor „Po południu”  podkreśla wielokrotnie, że system został w Polsce zaprojektowany źle, ponieważ Konstytucja dzieli władzę między premiera i prezydenta,  skutecznie okulawiając egzekutywę. Refleksja dotycząca systemu i kształtu instytucji jest jednym z wątków snutych przez obie książki. Dlatego jest dla mnie niezrozumiałe, jak Krasowski może zupełnie unieważniać zapędy Wałęsy do zgromadzenia w ręku prezydenta władzy praktycznie niepodlegającej kontroli. Jako dowód, że obrona przed tymi praktykami przytacza rozmowę z prezydentem, w której ten mówi, że nie chciał być dyktatorem! Przecież to śmieszne. Nawet jeżeli solidarnościowy prezydent by się ograniczał, co wcale nie jest takie pewne, to skąd pewność, że opór materii nie zniecierpliwiłby jego następcy?

Podobnie rzecz ma się z poświęconymi Balcerowiczowi fragmentami  „Czasu gniewu”. W tym miejscu Krasowski odsłania, że jest członkiem bardzo szczególnej grupy. Grupy, która zaklajstrowała Polskę na amen: zadowolonych 50-latków, którym transformacja zasadniczo przyniosła sukces. Nawet najbardziej krytyczni z nich, jak Jacek Żakowski, będą sobie układać taką historię, żeby „wyrzeczenia były konieczne” (choć jemu może i już przeszło).

Leszek Balcerowicz jest przedstawiony, jako jedyny, który chciał nagiąć politykę (tak, jak ją rozumie Krasowski) do swoich celów. Jest to jedyny „idealista”, któremu się nie dostaje – choć w „Po południu” został skrytykowany za uparty charakter. Opis ministra finansów i przewodniczącego Unii Wolności na pewno usprawiedliwia użycie słowa „fanatyk”. Słowo to jednak nie pada, a Krasowski daje się temu fanatyzmowi porwać. Broni go dosyć uparcie.

Po kryzysie finansowym, po załamaniu, w momencie, kiedy spora część opinii publicznej w końcu przestaje być głucha na pytania o to, czumu gospodarka ma służyć, Krasowski zachwyca się balcerowiczowskim planem zrobienia z Polski obozu pracy, wydajnego przedsiębiorstwa, które notować będzie ogromny wzrost. Ten wzrost dla Krasowskiego jest gwarantem „zajęcia przez Polskę pozycji, na jaką zasługuje”. Pytanie, dlaczego nierównomiernie dzielony wzrost, w kraju z okrojonymi resztkami welfarestate’u, z gospodarką opartą na taniej sile roboczej miałby zatrzymać gniew? Czy rzeczywiście taki kraj umiałby lepiej dbać o swoje interesy? Dlaczego ta obietnica bogactwa dla nielicznych i wyzyskiwania większości z dodatkiem pogardy dla tego, co państwowe i dla służby publicznej miałaby kogokolwiek poza fanatykami uwieść?

Krasowski jest marzycielem. W rezultacie popełnia błąd, za który gani tak wielu ze swoich bohaterów. Ulega złudzeniom, co do osoby, która po prostu zamknęła się w bańce, do której wpuszcza tylko klakierów. Autor „Czasu gniewu” wychwala kogoś, kto uważa, że książka „Odkrywając wolność” nie mogła się obyć bez tekstu tak znakomitego teoretyka, jakim jest Janusz Korwin-Mikke. A ten, jak wiadomo, cieszy się wolnością nieskrępowaną i chętnie się nią dzieli.

Zostawiając na boku złośliwości, trzeba Krasowskiemu przyznać jedno: umie pisać. Obraz afery Rywina jest majstersztykiem. Jest to najlepszy syntetyczny opis sytuacji i tamtego czasu, jaki czytałem. Mam po przeczytaniu książki takie wrażenie, że tandem Miller-Kwaśniewski, któremu jest poświęcona jest najmniej ciekawy. Może dlatego, że technologię władzy a la Miller znamy za dobrze i to w sprawniejszym wydaniu Kaczyńskiego-Tuska?

Mam nadzieję, że Krasowskiemu na polu pisarstwa politycznego wyrośnie godny konkurent. Naśladowcy są bardzo potrzebni, bo żywych, syntetycznych opisów naszej najnowszej historii nigdy za wiele.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *