Syreny

Co roku mniej więcej od 25 lipca narasta we mnie wściekłość. Potem przychodzi ranek 1 sierpnia, włączamy rano radio i muszę co pięć minut liczyć do dziesięciu. Wychodzę do pracy i staram się być niewidzialny. Nie bardzo mi to wychodzi, bo mam kiepski charakter, ale staram się powstrzymywać od rozmów. Dlaczego „udaję patriotę, a jestem zdrajcą Polski”?

Czuję się sterroryzowany powstaniem. Najpierw były plakaty, potem chłopaki, co kibicują Legii zaczęli strzelać kotwice na murach, potem pojawiły się wlepki na samochody z napisem „pamiętamy” i znakiem Polski Walczącej. I koszulki. I tak dalej. Powstanie jest wszędzie, cały czas. Święto, jeżeli ma być świętem, musi być czymś wyjątkowym, pouczał Klemperer. Jeżeli świętujemy cały czas – nie świętujemy. Jestem przekonany, że dzieje się coś bardzo złego, bo zdolność do jakiejś oceny tego wydarzenia jest, w moim przekonaniu, kluczowa. Tak, jak istotne jest dla mnie wyrzucenie rojeń o krystalicznej nieskazitelności narodu polskiego, ponieważ mamy swoje za uszami i im prędzej to przyznamy tym lepiej dla nas.

Moje poglądy na temat Powstania Warszawskiego łatwo zaszufladkować: idiotyczny pomysł, żeby zaczynać o 17tej; błędne założenia, brak realizmu, bohaterscy, uniesieni romantyzmem gówniarze i cierpienie cywilów, rzeź i zagłada miasta, do których mogło nie dojść. I, co mnie szczególnie irytuje, zwalanie winy na „ruskich”. Jak można oczekiwać, że walka prowadzona zasadniczo po to, żeby – taki był pomysł AK – powitać Armię Czerwoną jako gospodarze na swojej ziemi, a więc w dużej mierze przeciwko Rosjanom, doczeka się od nich pomocy? Z jakiej racji? Ten potworek umysłowy pozwala zdjąć odpowiedzialność z dowódców powstania i stworzyć mit oparty na kolejnej „zdradzie”.

A dla mnie istotne jest, by z tej klęski wyciągać właściwe wnioski. Na przykład, że podejmując tak poważną decyzję, jak poderwanie do walki młodzieży w milionowym mieście, warto ją dobrze przemyśleć. Planowanie jest ważne. Istotne jest też liczenie się z konsekwencjami. Jak to jest, że ile razy idzie coś nie tak, nie potrafimy tego dźwignąć?

Desperackie poszukiwanie czegoś, na czym można oprzeć wspólnotę zakończyło się sukcesem. Znaleźliśmy Powstanie. I zamieniliśmy je w jakąś jarmarczną pantomimę, karykaturę wartości. Syreny, które zawyją dzisiaj o 17, minuta ciszy – powinna upamiętniać ludność cywilną i młodych ludzi, którzy zginęli niepotrzebnie przez beznadziejne planowanie, przez umysłową niedbałość, której, niestety wciąż mamy pod dostatkiem. I to jest ok. Takie lokalne święto pamięci jest bardzo potrzebne.

Ale nie. Musi być huk i uniwersalne przesłanie. Kiedy prezydent mówi, że Powstanie jest ważne dla całej Polski flaki mi się przewracają. A co? Poznań, Gdańsk, Białystok, Kraków, Rzeszów nie mają swojej historii? Nie mają swoich błędów? Czy do centralizacji instytucji musimy koniecznie dokładać centralizację pamięci? Przypomina mi się ten rysunek Raczkowskiego, gdzie Warszawa rozlewa się na całą Polskę. To się dzieje.

Jestem wściekły, bo historia Powstania to także historia mojej rodziny. Ale jest właśnie tym: historią. Zmusza się mnie, żeby była moim codziennym świętem. Odmawiam. Chcę mieszkać w Polsce, w Warszawie, a nie w Powstaniu. Przez wycie syren i wybuchy nie słychać własnych myśli.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *