Jesień

Proszę mi wybaczyć, że w tak poważnym, gorącym politycznie okresie pozwolę sobie na felieton w stylu tak felietonowatym, jak się da.

Sądzę, że wszystkich troje czytelników tego bloga wybaczy mi, że zajmę się: żółknącymi listkami, dojmującą wilgocią wdzierającą się do naszych dusz oraz tą rodzącą się właśnie, niemal nieodpartą ochotą na alkohol. Tak, będzie o jesieni. Przyznaję, straciła ona wiele ze swego uroku, odkąd trudno o ruchomą płytę chodnikową, spod której wytryśnie na nas błotnista woda. Nadal jednak wydaje mi się wdzięcznym tematem.

Wiosną zduszone dotąd pod ziemią rośliny nieśmiało przebijają się na powierzchnię, by już za chwilę odetchnąć pełną piersią. Baraszkują króliki, lisy, kuny, jenoty, pliszki; stekowce, ssaki, ptaki i płazy. Słowem, natura bardzo po disneyowsku budzi się do życia, by już za chwilę rozkwitnąć i epatować alergików swoją wybujałą intensywnością.

Jesień zaś, przynajmniej w naszej szerokości geograficznej, to taka pora, kiedy do życia budzi się kultura. Nie wiem, jak w innych miastach, ale w tym roku w Warszawie we wrześniu nastąpiło szaleństwo. Jak konwalie, wiedzione potężnym roślinnym instynktem, obudziły się z letniego letargu teatry. Z klimatyzowanej gawry wychynęła opera, przeciągając się obudziła się filharmonia.

To były dopiero kulturalne przebiśniegi. W drugim tygodniu września zaczęło się prawdziwe baraszkowanie: Warszawska Jesień, Skrzyżowanie Kultur, Ciało/Umysł i Var<So>Vie. Festiwale, jak jakieś zupełnie już niedisneyowskie zwierzęta biły się o to, który najbardziej się wykarmi: widzami i uwagą mediów. Tak, jakby wszystkie siły trzeba było wydatkować teraz, już. A co z resztą pory taplania, która rozciąga się aż do marca? Zostaje bar.

Budzenie kultury nie ogranicza się jednak tylko do tak zwanej kultury „wyższej”. Może nawet bardziej widoczny jest powrót do życia bujnie kwitnącej kultury infrastrukturalno-drogowej: każda droga zastawiona jest słupkami, w najlepsze trwa uparty balet koparek. Szykują się w tym sezonie różne premiery. Wspomnijmy chociażby drugą linię metra.

Jesteśmy, w naszej szerokości geograficznej, jak jakieś gady na opak: wygrzewamy się nieruchomo w słońcu, a stajemy się pobudliwi pod wpływem chłodu. Chociaż narzekamy, że „tylko zimno i pada”, to tak naprawdę rozwijamy się, kiedy liście opadające z drzew przepuszczą do nas więcej chłodnych promieni słońca.

Czy może być przypadkiem, że cała polityczna energia cudownie wybujała właśnie teraz? Zamieszanie z lustracją profesora Kieżuna na prawicy? Karpowicz i Dunin na lewicowej kanapie?* Expose nowej pani premier, która obiecuje, że dołoży wszelkich starań, by ograniczyć demokrację na rzecz interesów wielkiego kapitału, dzięki doprowadzeniu do podpisania umowy o wolnym handlu między UE a USA? Przypadek? Nie sądzę. Myślę, że to jakaś głęboko zakodowany w naszych genach sposób postępowania. No a wiadomo – z genami nie wygrasz (to nieprawda, ale brzmi efektownie).

Na koniec chciałbym rzucić dwa nasiona myśli, które może rozwiną się na sprzyjającej glebie barowych dyskusji. Po pierwsze, jak słabo musi działać system, że premier zajmuje się w swoim przemówieniu konkretnymi czasami jazdy pociągów. Po drugie, może niepotrzebnie wszyscy zaszczekali głos mówiący o tym, że pensje posłów też wypadałoby waloryzować. Gdyby tak wyrażać jej wysokość w wielokrotnościach pensji minimalnej, może dałoby się znaleźć jakiś wspólny interes.

Wszystkim dwóm czytelnikom, którzy zechcieli dobrnąć do końca serdecznie dziękuję. Miałem potrzebę stylistycznego wyżycia się, bo rozpiera mnie jesienna werwa. Ale do połowy listopada mi się znudzi. W zacinającym śniegu z deszczem, życie obrzydnie mi, jak wszystkim.

*Czuję się tą awanturą zdezorientowany. Na pewno prokuratura, wobec oskarżenia o gwałt, powinna wszcząć śledztwo – od czegoś prawo jest. Na pewno Karpowicz poczuł się wykorzystany. Nie rozumiem jednak dynamiki sytuacji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *