Rewolucja siostry Ikonowicza

Telewizja pozostaje dla znacznej części ludzi podstawowym źródłem informacji. Jednocześnie medium podlega wielkim zmianom. Pojawienie się internetu i kryzys finansowy każą szukać nowych sposobów zapełnienia ramówki. Najlepiej tanich i wypełnionych emocjami. Stąd, zdaje się rozmnożenie programów w formule „reality”. Programy z gatunku reality soap, w których amatorzy odgrywają proste scenariusze oparte na sytuacjach „z życia wziętych” to papka w czystej postaci. Trzeba prawdziwego pasjonata krytyki kulturowej, by porządnie opisał, jaki ideologiczny przekaz niesie ta mieszanka niesie.

Interesuje mnie rzecz znacznie bardziej smakowita: „Kuchenne rewolucje”.  Program najczęściej opisywany krótko, jako „ten, w którym Gessler wyżywa się na ludziach” zasługuje na większą uwagę. Nie tylko dlatego, że oglądają go miliony: w 2012 roku prowadząca przyniosła TVN zyski z reklam większe, niż tradycyjny rekordzista Robert Janowski przynosi TVP. Wart jest uwagi, bo jest to jedyny lewicowy program oglądany przez masową widownię.

Spróbuję dowieść, że nie zwariowałem.

Moim celem nie jest dowodzenie, że Magda Gessler jest w rzeczywistości taka sama, jak jej brat, Piotr Ikonowicz. Tabloidy nie miały trudności w stworzeniu kontrastu między bratem a siostrą: bogata restauratorka kontra fanatyczny społecznik gotów pójść do więzienia za przekonania. Skoro jednak pryncypialny szef Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej zgodził się (tak to rozumiem) wydać wspólne oświadczenie, to nie ma mowy o „wojnie”. Pozwolę sobie powtórzyć jedno zdanie z fragmentu tego oświadczenia przytoczonego przez media, które raczyły o sprawie wspomnieć (zwykle w dziale rozrywka), bo mnie bawi: „Żadne z nas nie ma nic przeciwko dobrej kuchni i działalności społecznej”.

Ponadsześćdziesięcioletnią restauratorkę trudno uznać za symbol walki o większą społeczną równość czy emancypację. A jednak, aż dziw, że „Praktyka Teoretyczna” nie objęła „Kuchennych Rewolucji” swoim matronatem. W programie powtarzają się motywy ważne dla lewicy wszelkiej maści:

Po pierwsze: szacunek do ludzi. Najczęstszy chyba schemat w programie jest taki: skąpy lub nieudolny szef i pracownicy zmuszeni realizować jego pomysły. Rolą rewolucjonistki jest uwolnienie kuchennego proletariatu i przywrócenie mu głosu. Ludzie, którzy w obawie o swoje miejsce pracy milczeli teraz opowiadają o swoich problemach.

Jest też w programie nauczka dla tych, którzy tej lekcji nie odrobią. Restaurator, który postanowił całą załogę biorącą udział w rewolucji zwolnić skończył źle.

Po drugie: wartość pracy. Wiąże się to, rzecz jasna, z punktem pierwszym. Bez wysiłku jednak można odnaleźć w „Rewolucjach” znany marksowski motyw. Wyalienowani, zmuszeni do wykonywania nieprzyjemnych zadań pracownicy, z chwilą, gdy praca zostanie im oddana, znajdują w niej sens – odżywają. Magda Gessler podkreśla wartość dobrej roboty i konieczność sensownego działania.

Po trzecie: lokalność. Promowanie kuchni regionalnej, dobrych produktów od lokalnych dostawców jest na pewno wartością programu. Można to nazwać dumą peryferiów. Odejście od rozciapcianych dań kuchni światowej, przypadkowych dań uogólnionej kuchni polskiej na rzecz serwowania dań regionalnych należy zdecydowanie pochwalić. Tam, gdzie zostaje kuchnia zagraniczna, jest to świadoma decyzja.

Listę można by wydłużyć. Wspomnę jeszcze, że restauratorkę należy pochwalić choćby za: ideał pracy u podstaw czy sprzyjanie deglomeracji i wyrównywaniu jakości życia na całym obszarze kraju.

Powyższych tez nie należy, rzecz jasna, traktować zbyt serio. Oczywiście, że właściciele knajp przejmują nadal wartość dodatkową itd. Nie można też w przypadku programu mówić o żadnej nadziei na prawdziwą rewolucję, która z tymi bolączkami skończy.

Możliwe jednak, że „Kuchenne rewolucje” to taka nasza „Drużyna A”. W serialu tym, niezapomniani B.A., Buźka, Murdoch i Hannibal pomagali przeważnie farmerom i drobnym przedsiębiorcom walczyć ze zbirami nasłanymi przez złych biznesmenów. To taki „umiarkowany postęp poza granicami prawa”. Budował jednak wrażliwość na tego typu sytuacje.

Być może „kuchenna” rewolucja, to jedyna, jaka w Polsce może się wydarzyć: przejście od knajpy serwującej prowincjonalną breję, naiwnie naśladującą „Zachód” pizzą z mikrofali do modnej restauracji, która docenia lokalną kuchnię, a prowadzona jest w duch paternalistycznego kapitalizmu przez sympatycznych właścicieli dobrze traktujących pracowników.

Gdybym był Cezarym Michalskim, napawałoby mnie to większym optymizmem.

 

Za inspirację dziękuję mojej żonie, Zofii.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *