O potrzebie zielonych mięsożernych kierowców

Wywiad z Joanną Erbel, który, jak sądzę, wywoła jeszcze dużo zamieszania w naszym małym stołecznym światku przypomniał mi, że zbliżają się wybory. A wybory to przedziwna sprawa. Godziny myśli, lata nauki, dziesiątki spotkań, dyskusji, setki wątpliwości – wszystko to zostaje zredukowane do postawienia jednego lub kilku krzyżyków na karcie. Nie ma miejsca na żadne „ale”. Sądzę, że da się obronić twierdzenie, że demokracja w gruncie rzeczy dehumanizuje obywateli, wtłaczając ich w role hiperracjonalnych maszyn potrafiących sprzeczne impulsy zamienić na racjonalną decyzję. Żąda od nich stłumienia tych wszystkich wątpliwości i złożonych impulsów oraz ograniczenia swojego udziału w sferze prywatnej niemal wyłącznie do tego aktu redukcji swojego człowieczeństwa, jakim jest głosowanie. Na dodatek ten akt rozlewa odpowiedzialność za istniejące w świecie zło na wszystkich obywateli: po równo wśród biernych i aktywnych, bogatych i biednych.

Może z tego bierze się tęsknota za oświeconym despotą. Zadziwia mnie zresztą, jak powszechna jest ta tęsknota wśród naszych małych apostołów wolności: pracowników korporacji, instytucji kultury i urzędników państwowych. Copywriterzy, informatycy, kuratorzy – wszyscy wzdychają do nowego Piłsudskiego.

Co jest takiego w przedstawicielach klasy średniej, tej podpory demokracji, że ich potrzeba porządku jest tak silna? Czy ten milion wątpliwości, o którym pisałem na początku, i to nieznośne brzemię odpowiedzialności wywołują potrzebę spokoju? Jak to jest, że bardzo inteligentni ludzie tak bardzo nie chcą przyjąć do wiadomości, że nawet jeśli się chce pieprzyć system, to lepiej, żeby ten system był ładny, składny i możliwie mało brutalny, bo inaczej to on wyrucha nas?

Czy jest nadzieja, jeżeli nie rozumie tego nawet Robert Krasowski, który w „Po południu” pozwala Wałęsie się tłumaczyć, że jako prezydent chciał psuć prawo dla dobra kraju, ale nie chciał być dyktatorem. Krasowski nie zadaje pytania: a co gdyby się panu udało stworzyć prezydentowi RP możliwość rządzenia dekretami i ograniczyć kontrolę nad tym urzędem, a po panu przyszedł by ktoś w rodzaju turbo-Orbana i chciałby być dyktatorem, to co wtedy? Jak to jest?

Winę ponosi prasa i politycy stopniowo betonujących sferę publiczną od lat 90tych. Dowody? A czy za dowód nie wprost może służyć, że weekendowa Wyborcza zagłosowała właśnie na Hannę Gronkiewicz-Waltz, która model oświeconego despoty realizuje na poziomie władzy lokalnej?

Manewr Wyborczej, która na stronach stołecznych smarowała codzienny chleb czytelników słodką Joanną Erbel, żeby potem zohydzić ją wszystkim w Magazynie Świątecznym, jest wspaniały. Erbel niewątpliwie podłożyła się dość napastliwej dziennikarce. Sądzę też, że wywiad mógł spokojnie pójść bez autoryzacji, bo każdy, kto ma oczy widzi, że Katarzyna Kęsicka bardzo się stara pokazać „oderwanie” swojej rozmówczyni od realiów. Wolność od kredytu na mieszkanie, wybita jako lead jest już sama w sobie potężnym oskarżeniem.

Na Zielonych znowu zemściła się ich największa zaleta: otwartość. Partia, która dwa dni deliberuje, w oczywistej dla wszystkich sytuacji, czy poprzeć wniosek o referendum, które miałoby odwołać krytykowaną przez siebie Gronkiewicz-Waltz nie może nie dostawać bęcków. Ten wywiad, przeprowadzony, zdaje się, miesiąc temu, wypuszczony przez GW teraz to potężny cios. A w międzyczasie były przecież dziesiątki konsultacji i rozmów, po których nieporadne uwagi o klubokawiarniach nie mają już takiego znaczenia. Obnażył jednak boleśnie nieskuteczność Zielonych.

Słabością tej partii jest niezrozumienie tego, jak bardzo powszechne jest poczucie krzywdy wśród wygranych. Klasa średnia cierpi na syndrom oblężonej twierdzy nie mniejszy, niż Kościół Katolicki. Pytanie Kęsickiej, po którym opadły mi ręce, jest tego modelowym wyrazem:

40-latek, który 15 lat temu uwierzył, że dzięki wykształceniu i ciężkiej pracy może mieć przyzwoite życie, dostał etat w Warszawie, założył rodzinę, kupił mieszkanie, płaci 2 tys. zł raty kredytu miesięcznie i 1,2 tys. zł za opiekunkę dla dziecka, które nie dostało się do przedszkola z braku miejsc. On uczciwie płaci podatki i buduje PKB, z którego pani będzie innym rozdawać. Jest kryzys, więc haruje po 16 godzin, daje sobą pomiatać w korporacji ze strachu, że jak go zwolnią, to straci dach nad głową, a komornik zabierze mu wszystko. To typowy mieszkaniec Warszawy.

Prędzej jest to typowy czytelnik Wyborczej, niż mieszkaniec Warszawy, i żadną miarą nie jest to osoba wykluczona, a więc touché. Czytelnicy już wiedzą, że „Erbel nie jest poważna”. Dopóki partia nie przećwiczy jak odpowiadając na to pytanie kontratakować, nie ma szans na ugranie czegokolwiek. Bo bohaterem zbiorowej wyobraźni nadal jest ten biedny frajer z pytania. Zauważmy, że „pani będzie innym rozdawać” jest kluczowe. Tego się trzeba było złapać: że nie innym, tylko właśnie takim gościom. I tutaj jest znakomite miejsce na wskazanie, że miasto powinno być aktywnie zaangażowane w politykę mieszkaniową, że przedszkola będziemy budować – jest na czym budować.

Brak refleksu Erbel próbowała nadrobić w autoryzacji. No i wyszło, jak wyszło – niesmacznie. Sprawę teraz da się wspaniale rozdmuchać, a z nieporadności w politycznej technologii zrobić szybowanie nad sprawami zwykłych ludzi. Swoją drogą, mam nadzieję, że w przyszły weekend przeczytam wywiad z prezydent Warszawy, w którym dziennikarz Wyborczej będzie ją dociskał podobnie, jak Kęsicka cisnęła Erbel:

W takim pędzie żyje większość 40-latków w tym mieście; muszą mieć samochód i dobre drogi bez korków.

Nie wiem, czy uda nam się w końcu rozprawić z mitem „muszących mieć samochód i dobre drogi bez korków”. Ale to działa. Zwłaszcza na tych 40-latków z klasy średniej, którzy są zwycięzcami transformacji, a jednym z ich trofeów jest samochód. I tutaj kandydatka Zielonych odpowiada prawie dobrze. Nie wyraża jednak dostatecznej troski o niezależnych, zamożnych 40-latków, którzy całą swoją nadzieję umieszczają w przeinwestowanych dzieciach wożonych SUV-ami po całym mieście na dodatkowe karate po włosku. Dentystka z pytania Kęsickiej zasługuje na większe współczucie. Można tu się było odwołać do planu stworzenia systemu miejskiej wypożyczalni samochodów, co biednej pani doktor ułatwiłoby docieranie na rozmaite peryferia metropolii bez konieczności zapychania ulic.

Ile też Erbel zmarnowała okazji, żeby wylać pomyje na głowę obecnej prezydent. Przecież rozlewanie się miasta i wymuszanie automobilizacji to wina jej i poprzedników. To ona obniża tym biednym czterdziestolatkom standard życia i kradnie im PKB, kiedy nie patrzą! Potrzeba więcej brutalności.

Pozwolę sobie zatem stwierdzić, że pani Kęsicka wykazała się nie tylko agresją, ale też prostactwem umysłowym. To, że model awansu i obraz sukcesu zakłada wyniszczanie siebie jest winą polityki krajowej prowadzonej przez ostatnie 20 lat. I prezydent miasta mało ma tu do powiedzenia. Nawet jednak w ramach swoich skromnych możliwości może uczynić życie tych osób z kainowym piętnem kredytu uczynić znośniejszym: przez przyjazną, ludzką przestrzeń, szkoły, budownictwo komunalne i dobry transport zbiorowy. Nie jest obowiązkiem rządzących miastem podporządkowywanie go 40letnim weteranom walki o kapitalizm, którzy NIE BĘDĄ wykluczeni, jeżeli się im utrudni stanie w wielogodzinnych korkach. Są zresztą w mniejszości. Wbrew temu, co twierdzi dziennikarka, WIĘKSZOŚĆ mieszkańców warszawy ani nie pracuje po 16 godzin, ani nie stać ich na 3200 złotych wydatków, ani nie żyje w „takim” pędzie. A o nich władza nie dba. O NAS władza dba niedostatecznie.

Mam nadzieję, że ta nauczka udzielona przez wielki medialny koncern partii, z którą sympatyzuję nie pójdzie na marne. Po pierwsze, może Zieloni nauczą się, że tak złośliwe publikacje, to norma. Po drugie, że partia jest też maszynką wizerunkową i bycie gładkim wychodzi raczej politykom na dobre. I po trzecie, że potrzebują konsultacji z co wrażliwszymi mięsożernymi kierowcami z kredytem, żeby zrozumieć jego perspektywę.

 

PS. Pozwolę sobie jeszcze zacytować trafny komentarz do wywiadu zamieszczony na Facebooku Krzysztofa Bańkowskiego:

„Zwracam szczególną uwagę na przywołany przez Dziennikarkę kazus dentystki z Pragi. Gdyby zachowała się racjonalnie rozważyłaby, czy działając w społecznie potrzebnym zawodzie na pewno musi dojeżdżać do drugiej pracy do Wilanowa. Przecież prywatne gabinety stomatologiczne (uwaga! to też dowód wielkiej słabości państwa, że takie istnieją w tej skali!) są na każdej niemal ulicy w Warszawie. Ale w pogoni za być może lepszym pieniądzem gna – z własnego wyboru – aż do Wilanowa, oczekując, że samorząd przewidzi nieracjonalność jej wyborów i znajdzie dlań rozwiązanie. Oczywiście każdy wolny człowiek ma prawo do nieracjonalnych wyborów, ale wielka suma tych nieracjonalności jest chaosem. Ten z definicji – nieważne, czy przy użyciu władzy, czy dobrej woli lidera – jest niesterowalny.

Nieracjonalne są wybory ludzi wiążących się kredytem na mieszkanie i auto, każące im dokonywać wielkich i niepotrzebnych przemieszczeń. Program Erbel, promujący ideę mieszkań na wynajem, jest adresowany też do nich: kolega Autorki tekstu, którego wyrzucono z pracy, dajmy na to, na Mokotowie, do której miał łatwy dojazd z deweloperskiego mieszkania, a nowa praca dla niego jest na Bielanach – powinien móc w miesiąc przeprowadzić się, nie pogarszając swojego standardu życia, do nowego sąsiedztwa, i mieć ekonomiczną oraz socjalną łatwość dokonania zmiany„.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *