Wiara, wina, kobyła

Kupiłem z duużym opóźnieniem książkę Karola Modzelewskiego Zajeździmy kobyłę historii. Po lekturze zaczynam podejrzewać, że to Kinga Dunin zaczarowała jednak jury, które chciało nagrodzić nieznośnie nadętego Karpowicza. Modzelewski na pewno jest bardziej sympatyczny, ale czy Kobyła... bardziej zasługuje na nagrodę od Ości, tego nie jestem pewien.

Jestem prawdopodobnie jednym z ostatnich frajerów, który przejmuje się konkursami literackimi. Dlaczego w wieku internetu, który umożliwia wszystkim życie w wyizolowanych niszach mielibyśmy się przejmować Nagrodą Nike? W końcu każdy może powołać swoją nagrodę i przyznawać laury według swojego gustu, jak producenci piwa swoim wyrobom. Nagroda Wyborczej to jednak ciągle największa i najważniejsza nagroda w kraju. Fajnie by było, gdyby ten konkurs utrzymywał wysoki poziom, zachęcał do czytania i animował dyskusję o literaturze. Może jestem leniwy, ale wolałbym, żeby nie osiągał efektu nagradzając książki średnie lub zaledwie dobre.

W moim odczuciu werdykt z ubiegłego roku, tak jak i obecny, to nieporozumienie. Kobyła w przeciwieństwie do nagrodzonej w 2013 roku książki Joanny Bator Ciemno, prawie noc ma kiepski tytuł, ale ciekawą treść. W porównaniu z rokiem ubiegłym nastąpił więc progres, ale nie jest to wielkie osiągnięcie zważywszy na to, jak wysilonym gniotem jest oniryczny kryminał. Jako grafoman, rozpoznaję w Bator pokrewną duszę.

Modzelewski grafomanem nie jest na pewno. Pozwolę sobie nie pisać, kim jest. Jeżeli ktoś nie wie, to niech ze wstydem sprawdzi na Wikipedii. Znamienne swoją drogą, że właściwie wszystkie recenzje, na które się natknąłem obszernie omawiają postać autora, jakby chcąc przekonać o wielkości książki za pomocą wielkości biografii. Trochę, jakby autorzy tych recenzji chcieli też przekonać siebie. Może i oni, jak ja, mieli z Kobyłą problem?

To dobra książka. Precyzyjna i dość ciekawa (są anegdotki!). Ale mam takie wrażenie, jakbym już ją kiedyś czytał. Nie umiem się otrząsnąć z wrażenia, że duch Kuronia towarzyszył autorowi momentami prowadząc jego pióro. Ponieważ jednak Wiara i wina została już napisana, Kobyle pozostało nieść ciężar tysięcy aktorów, wśród których można się pogubić. Może robię niesłusznie zestawiając ze sobą książki obu autorów Listu do Partii, jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu ogromnego podobieństwa. Co z kolei u wieloletnich przyjaciół o podobnej wrażliwości i drodze zaskakiwać nie powinno. Z tym, że książka Kuronia jest dla mnie bardziej osobista, odsłania autora bardziej, przez co umożliwia jego lepsze zrozumienie.

Modzelewski natomiast zaledwie uchyla rąbka. Pokazuje nam na początku swoje skomplikowane losy, ale robi to tak, jakby błyskał nam przed oczami legitymacją. Jest legitymowanym człowiekiem pogmatwanego losu i tym uzasadnia swoje sądy. Uważam, że ta strategia jest nawet w porządku, nie poraża jednak specjalną subtelnością.

Jak na książkę nagrodzoną za walory literackie, Kobyła obciążona jest za bardzo kronikarskim zacięciem. Wiem, że ten zarzut brzmi absurdalnie, ale pozwólcie, że się wytłumaczę.

W ogromnym uproszczeniu mówiąc, można podzielić pisarstwo historyczne (nie wdaję się tu w rozważania o szkołach, doktrynach itd., chodzi o pewien styl) na pisane z lotu ptaka oraz katalogowanie. Perspektywa z lotu ptaka koncentruje się na zjawiskach, a pomija nazwiska. Natomiast katalogowanie odwrotnie: to trend udokumentowania wkładu wszystkich aktorów biorących udział w wydarzeniach. Oczywiście, można powiedzieć, że potencjalnie tylko taka mikrohistoria rodem z sience fiction pozwala uczynić z historii naukę, bo tylko wzięcie pod uwagę wszystkich czynników pozwala odtworzyć sytuację taką, jaka ona była, a więc zrozumieć ją. To jednak jest scjentystyczna utopia. Łatwiej bowiem raczej o zrozumienie epoki i wydarzeń, gdy zna się ogólne procesy wtedy zachodzące. W zasadzie każda książka balansuje pomiędzy tymi dwoma narracjami.

Mój ogromny problem z Kobyłą polega na tym, że w zajmującym wiele miejsca opisie okresu Solidarności autor bombarduje czytelnika tysiącem nazwisk, pędzi przez korowód ludzi, których lubi, którzy odcisnęli swoje piętno na jakiejś sytuacji. Przyznaję, są to często historie ciekawe, ale po pewnym czasie lektura zaczęła mnie koszmarnie nużyć. Lubię swobodę i nie będę szperał w poszukiwaniu szczegółów, które różnią opowieść Modzelewskiego od innych wspomnień. Na pewno sympatyczny jest gawędziarski duch i narracja utrzymana w zdystansowanym, dość lekkim tonie.

Może powinienem się cieszyć bardziej z tej nagrody. Prawdopodobnie jest ona kolejnym sygnałem dokonującego się w głównym nurcie publicznego dyskursu zwrociku na lewo. Bez niej pewnie mniej osób przeczytałoby, co Modzelewski sądzi o zdradzie solidarnościowej zasady braterstwa przez III RP. Czy jednak zamiast dodatkowo nagradzać człowieka, który na odznaczenia i nagrody pewnie nawet już nie ma miejsca w domu, nie lepiej było poszukać jakiegoś pisarza?

***

Karol Modzelewski Zajeździmy kobyłę historii. Wyznania poobijanego jeźdźca, Iskry, Warszawa 2013

P.S. Każdemu, kto kupił książkę polecam wykorzystać rozrywkowy potencjał okładki do zabawy „Karol Modzelewski looking at things”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *