Czy sztuka demokratyzuje?

Jako społeczeństwo nie za bardzo wiemy, po co nam kultura. Może od czasu do czasu pójdziemy na koncert, czy do teatru. Ale generalnie narzekamy, że to jest „dla nikogo”. Poniekąd racja, bo znaczna część produkcji kulturalnej jest, z definicji, przeznaczona dla wąskiej grupy odbiorców. Co nie znaczy, ani, że jest nieważna, ani, że sporej część tej produkcji nie można uznać za „popularną”. Jaką rolę powinny odgrywać publiczne instytucje kultury? Czy chcemy na poważnie stworzyć i utrzymywać jakąś „klasę kreatywną”? Tego nie wiemy, bo nie bardzo lubimy rozmawiać o polityce, o celach działań społecznych i wartościach, które za nimi stoją.

Nie potrafimy nawet za bardzo liczyć kultury, a stworzenie przystających do sytuacji (inicjatywy oddolne, komercyjne, amatorskie) statystyk zostało przez UNESCO uznane za jedno z najważniejszych wyzwań stojących przed kulturą.

Szukając języka, który pozwoli kulturze się bronić warto sięgnąć po książkę Caroline Levine Od prowokacji do demokracji. Ten łatwy w odbiorze esej koncentruje się na sztukach wizualnych i ich wpływie na działanie demokracji. I choć wywód może budzić wątpliwości, na pewno warto się z nim zapoznać. Wypada też docenić, że to zainteresowanie kategoriami estetycznymi zaprowadziło autorkę do zajęcia się raczej społecznym kontekstem, w jakim działają sztuki wizualne.

Autorka, odwołując się m.in. do Tocqueville’a przypomina, że demokracja zawsze ryzykuje przemianę w tyranię większości. Sytuacja ta wcale nie jest taka rzadka: turecki premier Erdogan niedawno znów publicznie oświadczył, że poparcie większości oznacza dla niego prawo nieliczenia się z mniejszością. Podobnie pojmuje demokrację część polskiej klasy politycznej. Problem ten nie jest obcy żadnej demokracji, niezależnie od tego, jak jest  stara. Napięcie między wolnością jednostki, a koniecznością uszanowania większości, jest wpisane w istotę demokratycznego państwa. Levine twierdzi, że spory o kontrowersyjne dzieła, to momenty, w których napięcie to jest wyraźnie widoczne.

To te konflikty, zdaniem autorki, pozwalają zbadać gust większości – potwierdzają wspólny gust społeczeństwa, a jednocześnie obnażają, że istnieje konflikt, coś poza tym gustem, inność, z którą trzeba się zmierzyć i wyznaczyć jej ramy w ramach demokratycznego porządku. W rezultacie następuje odświeżający proces, w którym machina państwowa opowiada się albo za logiką wolności jednostki albo za prawem większości do bycia pozostawionym w spokoju. Levine stara się dowieść, że awangardowa sztuka jest demokratycznemu społeczeństwu niezbędna, a jednocześnie udowodnić, że awangarda możliwa jest tylko w demokracji – tylko w takim systemie na dłuższą metę można występować przeciw porządkowi.

Za istotnego sprzymierzeńca szutki awangardowej Levine uznaje sądy. Według niej system prawny i pole sztuki działają podobnie: są w znacznym stopniu niezależne od głosu większości, tworzą hermetyczne środowiska postępujące według wewnętrznych reguł, dzięki czemu są odporne na naciski większości. Jest to bardzo ciekawa myśl. Trudno jednak uznać, że sądy bronią sztuki kierując się sympatią do podobnej organizacji. Zdarzyło się tak, że sądy broniły artystów awangardowych, ta zbieżność nie wynika raczej z sympatii, a prawo autorskie i sposób jego egzekwowania pokazują, że kiedy interesy możnych i artystów stają się rozbieżne – wyniki procesów nie muszą być dla podsądnych korzystne.

Najciekawszymi według mnie fragmentami książki jest historia wspierania abstrakcyjnego ekspresjonizmu przez CIA oraz rozdział dotyczący Nixona jako obrońcy awangardowej sztuki. Są to też fragment najbardziej przekonujące. Levine pokazuje w nich, dlaczego ta sama agencja, która właśnie zaczyna osadzać na tronach rozmaitych rzeźników, żeby tylko nie dopuścić do realizacji jakichkolwiek, nawet delikatnie lewicowych postulatów (jak parcelacja należącej do amerykańskich koncernów ziemi leżącej stale odłogiem), w USA włącza się w promowanie abstrakcyjnego ekspresjonizmu. Była to szeroko zakrojona tajna operacja. Jednocześnie bowiem amerykańskie władze podejmowały kroki przeciwko artystom, których podejrzewano o lewicowe ciągoty.

Z charakterystyczną dla siebie naiwnością Levine streszcza sytuację, która doprowadziła do tego, że Jackson Pollock został wypromowany przez Centralną Agencję Wywiadowczą:

Kongres i CIA podpisałyby się pod twierdzeniem, że w przeciwieństwie do Związku Radzieckiego, Stany Zjednoczone to ostoja zarówno wolności, jak i demokracji. Zimna wojna pokazuje jednak, jak ogromnym wyzwaniem jest służba obu tym ideom jednocześnie. Tak więc Kongres zdradzał wolność w imię silnej demokracji, a CIA pomijała procedury demokratyczne w imię wolności. (s.139)

Pollock, urodzony w Wyoming malarz, który porzucił sztukę zaangażowaną na rzecz abstrakcji, stał się idealnym kandydatem do wypromowania przez Agencję. Jego sztuka była nowatorska, otaczała go aura buntownika, a twórczość była bardzo emocjonalna. Był więc dowodem na to, że to amerykańska kultura jest, w przeciwieństwie do radzieckiej, płodna i wolna. Żeby jednak dało się wykorzystać Pollocka propagandowo, musiał stać się odpowiednio znany:

Z tego względu agencja przyłożyła rękę do stworzenia złożonej sieci instytucji, dzięki której mógł występować na globalnej scenie jako buntowniczy, wolnomyślny odszczepieniec wyzwalający sztukę z okowów konwencji i pokazujący światu, na czym polega amerykańska wolność. (s. 140)

Opis operacji promowania abstrakcyjnego ekspresjonizmu z pomocą współpracowników Agencji w rozmaitych muzeach i fundacjach oraz przez specjalnie stworzone instytucje powinien wywołać uśmiech na twarzy każdego zwolennika spiskowej teorii dziejów. Na dodatek była to operacja wielopoziomowa:

Z punktu widzenia CIA taka krytyka [stylu Pollocka] była korzystna. Bądź co bądź, artysta taki, jak Jackson Pollock nie mógłby niepokoić, rewolucjonizować sztuki i przełamywać konwencji, gdyby nie wzburzał konserwatywnych widzów. W tym kontekście fakt, że sztuka współczesna tak często spotyka się z publicznym obrzydzeniem i krytyką, to jej największa zaleta: wyśmiewani przez prasę za szalone bohomazy, pogardzani przez populistów w Kongresie (…) [artyści] idealnie nadawali się do pokazania światu na dowód tego, że Stany Zjednoczone pozwalają artystom osiągnąć sukcesy mimo niechęci publiki.

Może warto, żeby w imię skuteczności operacyjnej polskich twórców zaczęła wspierać Agencja Wywiadu? Jak na razie bowiem, polska dyplomacja kulturalna prowadzona równolegle przez Instytuty Polskie podlegające MSZ i Instytut Adama Mickiewicza podlegający MKiDN nie może się równać z działaniami koordynowanymi i finansowanymi hojnie przez CIA.

Od sensacyjnej historii promowania grupy abstrakcyjnych impresjonistów przez Agencję, być może jeszcze ciekawsza jest historia o Richardzie Nixonie. Ten konserwatywny polityk, członek komisji McCarthy’ego, znienawidzony i wyśmiewany przez pisarzy i artystów dał się poznać jako polityk walczący o zwiększenie nakładów na sztukę, czym zaskoczył zarówno przeciwników, jak i zwolenników we własnej partii. Doprowadził do sześciokrotnego wzrostu funduszy National Endowement of Arts, federalnej agencji wspierającej artystów. Historia Nixona pokazuje, jak logika rozgrywki politycznej potrafi wyrzucić graczy na zupełnie niespodziewane pozycje.

Prawdopodobnym wyjaśnieniem zagadki przemiany Richarda Nixona z łowcy czarownic w mecenasa, jest zdaniem Levine, fakt, że w końcu lat 60tych, jego głównym rywalem był Nelson Rockefeller, który wspierał artystów i był zaangażowany w „sieć wojowników zimnej wojny wiążących świat sztuki z CIA”.

Jakub Dąbrowski w Szumie zarzucił Od prowokacji do demokracji liczne nieścisłości. Niewątpliwie, Levine jest jednym z autorów gotowych poświęcić złożoność dla spójności wywodu. Jest to szczególnie widoczne w rozdziale o Nixonie, gdzie pomija sympatie środowiska oraz całokształt jego polityki. Marginalna w gruncie rzeczy (chodziło o 127 mln dolarów), zarówno z punktu widzenia machiny władzy, jak i walki o wyborców, sprawa pozwala jej twierdzić, że konserwatywny polityk „porzucił swój populistyczny matecznik”. Nic takiego nie miało miejsca.

Dlaczego więc poświęcać uwagę książce, która jest notorycznie nierzetelna i przecenia rolę marginalnego zjawiska? Moim zdaniem dlatego, że podpowiada możliwe drogi, którymi należy kierować się w polityce kulturalnej. Stanowi ciekawy materiał do refleksji. No i ma trochę ciekawostek. Zważywszy na ostatnie werdykty kapituły, gdyby autorka była Polką, finał Nike nie byłby wykluczony.

***

Caroline Levine

Od demokracji do prowokacji, czyli o tym, dlaczego potrzebna nam sztuka

Wyd. Muza (seria Spectrum), Warszawa 2013

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *