Kotyliony i kominiarki

Nienawidzę święta niepodległości. 11 listopada widzę wyraźnie, że nie ma dla mnie w Polsce miejsca. To znaczy mogę sobie siedzieć cicho w domu. I tyle. Byle nie włączać radia. Bo w radiu albo a) zachwyt nad kotylioniarzami albo b) przerażenie nazistowskimi bandami. Napisałbym, że nie wiem, co gorsze, ale to nieprawda. Wolę samozadowolenie pierwszych, ich hipokryzję i odbierającą prawo do niezadowolenia retorykę zgody za wszelką cenę od przerażenia i agresji drugich. Najsmutniejsze obie strony są jak awers i rewers tej samej monety.

Jest to straszne i obrzydliwe, bo wbrew jakiemuś pokracznemu pojęciu sfery publicznej nie da się pogodzić wody z ogniem. Dmowski nie jest tylko historyczną postacią, która miała spory wkład w odzyskaniu niepodległości. Jest też czynnym politykiem, którego spadkobiercy wprowadzili getto ławkowe i kilka innych milusich instytucji. Przede wszystkim jednak, jest symbolem dla tych, którzy wierzą w utopijny naród, który da się oczyścić z „wrogich elementów”, którzy nie wyciągają wniosków z historii XX wieku. Nie widzą, że obsesja czystości, czy to rasowej, czy ideologicznej to groźna broń. Tym groźniejsza, że przysłania złożoną rzeczywistość, którą można dzięki codziennemu wysiłkowi poprawić.

Żeby jednak dało się coś poprawić, trzeba na dobre dopuścić do głosu polityczny konflikt. A prezydent Komorowski to pan „zgodabuduje”. Chociaż nie jest to tylko jego winą. Tusk też skutecznie unikał konfliktów, unikał polityki. Jego poprzednicy też chętnie stosowali taktykę jedynie słusznej drogi, jak sympatyczny profesor Buzek i jego rząd. A tłumienie konfliktów w połączeniu z agresywną retoryką pogardy dla biednych i skutecznym blokowaniem przez prawicę debat historycznych kończy się właśnie tak: brunatnymi marszami.

I trzeba być ślepym, żeby nie widzieć w tym polityczności. Niestety, drogi Wojtku Engelkingu, Hannah Arendt jest kiepską nauczycielką, jeśli chodzi o zasięg kategorii polityczności. Kiedyś tak nie myślałem, ale wystarczy się zastanowić, dlaczego tak uparcie odmawia prawa do polityczności masom, tym samym masom, które tak chętnie przejawiają antysemityzm, żeby nabrać podejrzeń do jej wyrafinowanych wywodów.

Tegoroczna przemoc była inna od tej w zeszłym roku, tu zgoda (a zgoda buduje). Natomiast mamy brunatny problem, który bierze się z naiwności. Wszyscy ci narodowcy naprawdę zostali zostawieni sami sobie i reagują, jak groźne dzieci. Drą się i demolują to, co im stanie na drodze, bo czują, słusznie, że spotkała ich krzywda. Nie są w stanie tego zrozumieć, bo język debaty mamy wciąż zawiązany w supeł. W tym sensie walka z policją przy okazji święta narodowego pokazuje nam bardzo wiele.

Dodam jeszcze, że bieg niepodległości jest, jak balony na Kolorowej Niepodległej: udawaniem, że konflikt nas nie dotyczy.

Ale dotyczy! Dotyczy, dotyczy. Rozumiem jednak. Ja też chciałbym od tego uciec daleko stąd.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *