Mała noworoczna wycieczka

I. Charlie

Przed wyruszeniem spakowałem kilka myśli o zamachu we Francji: że właściwie nawet nie odczułem żadnych silnych emocji. Bo to już było. W Madrycie i w Londynie, i to nawet na większą skalę. Powinno mnie to obchodzić znacznie bardziej, bo zdecydowanie nie chciałbym, żeby takie rzeczy się zdarzały. Chciałbym, żeby w Europie kwitła wolność słowa i tolerancja. Na nieszczęście, spora grupa Europejczyków, co bardzo ludzkie, kieruje się zwierzęcymi odruchami. Niechęci do obcych, szczekania na tych, których nie uznają za członków stada.

I tym razem było do przewidzenia, że usłyszymy sporo o jakimś abstrakcyjnym Islamie. Jacyś kretyni w internecie będą tryumfować: „widzicie, miękkie lewackie fajki, do czego prowadzi wasza rozlazła piczowatość”. Inni będą wołać, żeby tych czy innych spalić, „dać do gazu”, powywieszać czy wystrzelać. I że równocześnie z tą erupcją wolnego słowa, a takie erupcje przenoszą prawdziwe emocje, będziemy słuchać, jak właśnie słyszymy o zagrożeniach dla jakiejś abstrakcyjnej wolności słowa.

W rezultacie osuniemy się jeszcze kroczek w stronę świata nowego barbarzyństwa. Chociaż może perspektywa jest fałszywa. Może po prostu za bardzo przyzwyczaiłem się do entuzjazmu lat 90tych. I kiedy go brakuje, kiedy płoną inne miejsca, niż pod koniec XX wieku, czuję większy niepokój.

Nie wiem. Chciałem jechać na wycieczkę.

II. Bezimienny

Pendolino. Zwykły, nowoczesny pociąg. I znowu przygnębiła mnie teoretyczność państwa. Że trzeba, bo inaczej się nie da, po dwóch dekadach demolowania kolei trąbić głośno o 9 nowych pociągach. W których zamiast Warsu jest scenografia do teleturnieju: wysokie pulpity dla 4 osób po obu stronach wąskiego przejścia. Nadszedł złoty wiek polskiej kolei.

A w tym samym czasie rozkłady są zasadniczo słabe, jak były. Znikają kolejne połączenia lokalne, a na autostradach ciężarówki załadowane towarem, który mógłby jechać po szynach wyprzedzają potencjalnych pasażerów kolei, których skutecznie oduczono podróżowania pociągami.

Udało się w końcu wyremontować tory na głównych trasach. Wybitne osiągnięcie, ale będę klaskać, jak wrócimy do liczby pasażerów i długości sieci z lat 90tych.

Do tego te całe Ekspresy Intercity Premium się nie nazywają. Bo tak jest nowocześnie. Ale pociągi się zawsze nazywały. I to jest głupie właśnie, że się słyszy tylko numerki. Zupełnie wytrąciło mnie to z rytmu.

 

III. Thomas

 

Wrocław. Bardzo lubię miasto spotkań. Spotkałem w nim bardzo fajnych ludzi.

Pojechaliśmy na „Wycinkę”. Moim zdaniem, i nie twierdzę tak, bo głupio by było jechać prawie 4 godziny w jedną stronę, żeby zobaczyć chłam, to jest wybitny spektakl. Gra Krzysztofa Skiby w roli Bernharda jest niesamowita.

Opłakiwanie tancerki, która popełniła samobójstwo przez grupę sytych podstarzałych artystów(z dodatkiem dwóch młodzieńców), jej przyjaciół jest okazją do rozbierania elity do naga. Pustota rytuałów, powtarzanie bon motów, jakieś tkwienie – to, co w swojej twórczości Thomas Bernhard pokazuje często tak wyraźnie, na wrocławskiej scenie nabiera jakiejś przejrzystości. Wszystkie próby złamania konwencji w gruncie rzeczy kończą się klęską. Żaden wybuch nie trafia tak naprawdę nikogo: siła bezwładu jest większa. Zdystansowany Thomas Bernhard jest wobec niej tak samo bezradny, jak inni.

Siła tego spektaklu polega na tym, że zdaje on sprawę z tego bezwładu, w którym giną wrażliwość i intelekt. I to, że Bernhard-narrator wylewa wiadra pomyj na osoby tkwiące w tym bagnie: kompozytora, pisarzy, śpiewaczkę czy aktora, chociaż ich obnaża, to nie pomaga ani trochę jego sytuacji. Bo Bernhard odmawia, wyjeżdża, ucieka. A potem nagle daje się wciągnąć w tę „tak zwaną artystyczną kolację”.

I nie wiem, czy to mi się tak bardzo nie podobało: że nie ma ocalonych. Ani krytykowanie, ani słuszny gniew nie oczyszczają. Nie stawiają nikogo ponad społeczeństwem. A mam wrażenie, że zaangażowani z lewicy i prawicy czasem tak się czują: ponad, poza.

 

IV. Jurek

Po tym Thomasie, który będzie do mnie wracał przez lata, tak, jak wracało warszawskie „Wymazywanie”, które widziałem w teatrze, w którym teraz rządzi młody Stalin, zaatakował mnie Jerzy Owsiak.

Bernhard robi z mózgiem coś takiego, że trudno się opanować. Te jego powtórzenia obnażają z powagi, sprowadzają do śmieszności sprawy, które starają się ubrać w powagę. I nie jest wcale łatwo potem wrócić do biura, potakiwać i się uśmiechać.

Dlatego finał WOŚP wydawał mi się nie do zniesienia. Tym bardziej, że ta impreza, jest autentycznie wartościowa. Serio. Kiedy indziej tyle ludzi zbiera się, żeby poczuć się dobrze, zobaczyć jakie ciekawe rzeczy robią i się tym pocieszyć? Chyba nie ma takiej drugiej okazji.

I dlatego tak trudno znieść, że ten sposób produkcji społecznego kleju jest tak toksyczny. Owsiak wołający o plan Balcerowicza! I to teraz, po 2008 roku! To pokolenie entuzjazmu lat 90tych z tą ich ślepą wiarą w wolny rynek! Kuce po 50tce mnie smucą bardziej, niż te Wipler- i Korwinjugendy.

Powtarzajmy do znudzenia: Orkiestra nagłaśnia ważne problemy, ale ich nie rozwiązuje. Zbiera kroplę z morza potrzebnych nakładów na opiekę zdrowotną. Resztę płacimy głównie ze swoich podatków. Charytatywne zbiórki nigdy nie rozwiązały i nigdy nie rozwiążą problemów służby zdrowia, ani żadnej innej sfery.

Zbiórki i działalność charytatywna są ważne, ale nie można na nich opierać żadnego systemu. A to dlatego, że uwaga ludzka jest ograniczona. Zabiegać łatwiej o środki na spektakularne schorzenia, na istoty najbardziej wzruszające. Ale co z resztą? Na dłuższą metę zbiórki na 30 latków z grypą się nie udadzą. A jest kluczowe, by leczyć 30latków z grypą. Bo grypa, także u 30latków może mieć powikłania. I grypa może zabić 30latka.

Szczepienia, profilaktyka, badania przesiewowe, ogólnie rzecz biorąc SYSTEM musi być stabilny, a działania obliczone na wiele lat. Dlatego granty i dobroczynność zawsze zawiodą. Zawiedzie też rynek, czego dowodzi przykład Stanów Zjednoczonych, gdzie dostęp do dobrego lecznictwa jest ograniczony, a średnio na osobę wydaje się bodaj najwięcej na świecie. I żaden plan Balcerowicza tu nie pomoże.

W świetle powyższego, sponsorowanie Orkiestry przez firmę, która podobno wyprowadza zyski za granicę, kradnąc środki na służbę zdrowia jest smakowite.

Naprawdę to wszystko nie byłoby takie złe, gdyby nie ta produkcja kleju, tego kleju, którego tak nam brak.

 

A potem wróciłem z wycieczki. I dowiedziałem się, że budujemy szeroki lewicowy front. I ucieszyłem się, że nieunikniona porażka tego projektu będzie mnie naprawdę boleć dopiero za kilka miesięcy. Tymczasem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *