Kraina Oz

Czasami czuję, że w Polsce działa jakaś przedziwna magia. Pod wpływem czarów znajduje się całkiem spora grupa ludzi. Jakieś zaklęcie sprawia, że choć ich ciała się starzeją, poniżej szyi czas biegnie swoim zwykłym nieubłaganym tempem, ich głowy utknęły w latach 90tych. I jak na razie pocałunki książąt, łzy prawdziwej miłości, ani żadne inne znane antidota nie złamały tej klątwy.

Żeby odpocząć od samozadowolenia Grzegorza Kołodki, który w „Drodze do teraz” , tyleż ciekawym, co męczącym wywiadzie-rzece opowiada, jak chodził boso po Warszawie i dlaczego ma zawsze rację, poczytałem sobie, co rząd ma do powiedzenia o górnikach. Uważam, że rząd ma rację w jednym: górnictwo należy zreformować. Na nieszczęście siatkę pojęć utkała chyba nieśmiertelna Margaret Thatcher, która zresztą pojawiła się w sejmowej debacie o Kompanii Węglowej. Jak zwykle refleksji na ten temat brak.

Rząd nie pamięta, że kiedyś III RP tyleż brutalnie, co niekonsekwentnie taczeryzowała już górników. W historii zamykania kopalń, której najtragiczniejszym rozdziałem jest chyba zniszczenie Dolnośląskiego Zagłębia Węglowego, najbardziej interesujące są detale. Małe szczegóły, które mogą jednak świadczyć o tym, że decydenci kierowali się nie tylko kalkulacjami ekonomicznymi i jakąś swoją racjonalnością społeczną – chociaż na pewno. Czy zalewanie szybów zamkniętych kopalń albo rozpoczęcie likwidacji od ośrodków wydobywających najbardziej kaloryczny węgiel nie wskazują na wiarę, że przemysł, zwłaszcza ten przemysł, jest już passé?

Mam wrażenie, że w tej szczątkowej, zrytualizowanej debacie, która właśnie się przetacza i o której wszyscy zaraz zapomnimy, nie pojawia się fakt, że wokół wydobycia wytworzyła się bardzo silna kultura. Tego chyba żaden rząd nie brał pod uwagę, bo wszystkie ekipy kierowały się przekonaniem, że wystarczy ludziom zaoferować odpowiednio duże kwoty, obiecać świetlaną przyszłość, a natychmiast staną się serferami rynków i drobnej przedsiębiorczości. „Zakiełkuje przedsiębiorczość”. No i nie zakiełkowała, bo i ludzie, którzy nie postąpili, jak stereotypowy górnik, który za odprawę kupił samochód i wielki telewizor, nie bardzo mieli, jak „rozkręcić biznes”. Poza tym nie każdy musi być przedsiębiorcą, naprawdę. Ba, w zdrowej gospodarce, i liczba takich osób powinna być ograniczona. W związku z tym, stworzono specjalne strefy ekonomiczne, które dają przynajmniej jakąś pracę: skoro nie udało się wyhodować własnej przedsiębiorczości, sprowadzimy cudzą. Albo, albo: jakby istniały tylko te dwie drogi – niestabilna praca w montowni zwolnionego z podatków zagranicznego inwestora albo firma we własnym garażu.

Ale rząd tak nie rozumuje. Pomysł jest ten sam, co zawsze: zamykanie kopalń, hojne – trzeba uczciwie przyznać – odprawy, a na miejscu wydobycia specjalne strefy ekonomiczne (SSE). Czyli zamiast stabilnych, dobrze wynagradzanych miejsc pracy – śmieciówki. A dalej – prywatyzacja kopalń. Czyli powtórka z warszawskiego SPEC-u: pozbywamy się kontroli nad spółką i dywidend, a dostawać będziemy podatki (o ile firma nie zechce ich „zoptymalizować”).

W ostatnim wywiadzie dla POLITYKI („Dajcie mi więcej czasu”, nr 3/2015), premier Kopacz obiecuje „program dla całego Śląska, także wprowadzanie tu nowych przemysłów (…) rozwinięcie programu gazyfikacji węgla, na co możemy dostać pieniądze z UE” i trudno się z tego nie ucieszyć. Już zdanie dalej jednak wylewa na nas kubeł zimnej wody: „planujemy dalszy rozwój infrastruktury drogowej, w tym połączenia z portami”. Świetny plan: zbudować nowe drogi, które zostaną rozjeżdżone przez ciężarówki ze zgazyfikowanym węglem, koksem i nowymi technologiami. Nie trzeba być geniuszem, żeby dostrzec tu pewien problem. Nie budzi też mojego entuzjazmu fakt, że „jednym z elementów programu jest poszerzenie specjalnych stref ekonomicznych właśnie o tereny kopalń, które będą wygaszane”.

Według słów premier, celem tej operacji jest, oczywiście oszczędność dla budżetu. Ze słów: „nikt nie zainteresuje się kopalnią przynoszącą wyłącznie straty”, wnoszę, że prywatyzacja jest już zaplanowana. No i dobrze. Po co nam przedsiębiorstwo, w którym jakiś zagraniczny frajer widzi wartość? Nie potrzebujemy też kontroli nad wydobyciem węgla. Przecież wydobywamy nieskończone ilośći gazu ziemnego i łupkowego, a odnawialne źródła energii i tak za chwilę będą dostarczać jej prawie 100%. Więc po co się martwić?

Mnie tam się plan rządowy podoba. I jako jednoosobowa firma, zamierzam na nim skorzystać. W przyszłym tygodniu zaproponuję rządowi, że zatrudnię na śmieciówce za 1500 złotych miesięcznie któregoś ze zwolnionych górników. Będzie moim przedstawicielem na Śląsku. Dla mojego budżetu domowego to trochę dużo, ale jeżeli państwo zwolniło mnie na najbliższe 20-25 lat z podatków, to może mi się opłacić.

Cudownie w całej tej sytuacji widać, że nie istnieje żadna strategia. Co drugi tydzień można przeczytać, że konieczne są działania, które wyrwą Polskę z pułapki średniego rozwoju. Przychodzi sytuacja kryzysowa, okazja do zmiany. I co? Specjalne strefy ekonomiczne, prywatyzacja, nowe drogi. Tak, jakby wszystkimi rządził czarnoksiężnik, a jego klątwa uniemożliwiała cokolwiek poza powtarzaniem jednej mantry: prywatyzacja, specjalne strefy ekonomiczne, nowe drogi.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *