Czy z centrum widać lepiej?

Od wczoraj myślę nad tym, czy z centrum rzeczywiście widać lepiej? Czy położenie w środku wszystkiego daje faktycznie najlepszy ogląd, czy też, okrutnym zrządzeniem losu pozwala zaledwie dostrzec zarysy? Możliwe, że tylko wybranie pozycji na obrzeżach pozwala dokładniej przyjrzeć się sytuacji. Bo jeśli faktycznie „z centrum” blokowiska, naturalne środowisko polskiej klasy średniej, jawią się jako „slums”, może warto zająć pozycję bardziej peryferyjną?

Do tych, bardzo przyjemnych, drobnych złośliwości pod adresem Kultury Liberalnej, pchnęła mnie lektura W. G. Sebalda. Nie miałem wcześniej w rękach żadnej książki tego niemieckiego pisarza. „Pierścienie Saturna” na pewno nie będą ostatnią, którą przeczytam. Sebalda znakomicie się czyta. Pisze bardzo prosto i komunikatywnie. Oszczędnie używa przypraw.

„Pierścienie…” są opowieścią o czasie. A czas słychać najlepiej tam, gdzie rozlega się stary zgiełk. W ciszy minionej sławy, w sennych miasteczkach, które dawno temu przeżyły chwile wspaniałości. Dlatego to wędrówka po wschodniej Anglii pozwala Sebaldowi zapuścić się do XVII wiecznej Europy. To właśnie przez to wybrzeże, te wrzosowiska można dotrzeć do ciekawych, czasem nieco zapomnianych historii.

Nie zdziwiłbym się, gdyby Llosa napisał „Marzenie Celta” po przeczytaniu Sebalda. Roger Casemet, brytyjski konsul, który opisał kongijskie ludobójstwo, a skończył na stryczku, bo starania o wolność doprowadziły go do wystąpienia w obronie Irlandii, pojawia się w „Pierścieniach…” za sprawą Josepha Conrada.

Conrad zdaje się być dla Sebalda jednym z „przypadkowo zaplanowanych” celów wycieczki: to w tej części Anglii zaczęła się jego przygoda z morzem. Przy czym historie są opowiadane przez Sebalda właśnie tak: skosem. Conrad jest, oczywiście, interesujący jako postać, ale pokazany jest przez swój pęd ku morzu i zamiłowanie do prawości (nieznośnie staroświeckie określenie, ale nie wiem, jak to inaczej określić).

Wszystkie historie są takie: dziwaczne budynki, które swoją świetność mają dawno za sobą i dziwaczni ludzie, których pcha jakaś namiętność. Czasem jest to chęć udowodnienia swojego prawa do miejsca na szczycie, czasem potrzeba wydarcia tajemnic dawnej poezji, kiedy indziej jakaś tęsknota. Ale wszyscy bohaterowie pokazują nam jakąś ciekawą właściwość czasu. Ich losy różnią się rytmem czy długością. A możemy je śledzić tylko dzięki wiatrowi czasu, który wieje przez wrzosowiska zrujnowanej części Anglii.

Tylko wybranie się od czasu do czasu na peryferie pozwala doznać przemijania. Tylko tam odsłonięte są warstwy czasu, które w centrum zasłonięte są przez coraz to nowe budowle, nowe założenia, nowe życie. A co jeśli faktycznie z utratą pamięci, tracimy tożsamość? Czy nie warto „odnajdywać siebie” poza centrum?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *