Pogubieni

Wynik pierwszej tury wyborów jest zaskoczeniem chyba dla wszystkich. Sondaże kazały się spodziewać, że sprawdzi się strategia Bronisława Komorowskiego polegająca na pozie męża stanu, który nie zniża się do „politycznych awantur”. Okazało się jednak, że wyborcy są jednak zmęczeni traktowaniem ich z góry. Zdaje się, że w tym roku więcej ludzi odkryło, że nie są dziećmi, które można pouczać. Na nieszczęście, znaczna grupa odkryła chyba, że są nastolatkami, które zrobią wszystkim na złość głosując na gwiazdę rocka.

Jeszcze większym nieszczęściem jest to, że przyzwyczajony do roli wuja narodu Komorowski i jego zaplecze polityczne zupełnie się pogubili. Nie rozumieją, co poszło nie tak. Najlepszym dowodem na to są kuriozalne tweety prezydenta, który stara się dotrzeć do nastolatków z ducha i przekonać, że „zawsze był za JOW-ami”.

I tak się właśnie kończy głosowanie na „mniejsze zło”: zwycięstwem tego większego zła. Odczuwam jakąś gorzką satysfakcję z tego, że pycha rządzących została ukarana. Platforma, prezydent i popierające ich media (Janicki i Władyka na ten przykład) naprawdę uwierzyli, że są takim polskim mesjaszkiem. Że można „nie robić polityki”, wybrać „zgodę”. Że można popierać model „dyfuzyjno-polaryzacyjny” (to autentyczny termin z raportu „Polska 2020”) i przedstawiać się jako głos rozsądku. Że wszystko można spendolinizować. Że wystarczy postraszyć ludzi, zaszantażować krytyków i rządzić zawsze. No i okazało się, że nie można.

Aż przykro było patrzeć, jak pogubiona jest Platforma. Dzisiaj rano Małgorzata Kidawa Błońska powiedziała, że „to praktycznie był remis”. To nie był remis. To była porażka. Tymczasem rządząca partia stara się robić dobrą minę do złej gry. Oby tak dalej. To prosta droga do przegranej nie tylko w drugiej turze, ale i w jesiennych wyborach.

W moim przekonaniu PO ma dwie opcje. Jedna to pójść na prawo, w stronę tak zwanych „antysystemowych” kandydatów. Druga, to pójść na lewo i spróbować jednak przejąć część wyborców SLD i lewicowego planktonu, przypomnieć sobie, co jakiś czas temu napisał Wojciech Orliński. Cokolwiek by wybrali, muszą przypomnieć sobie, że mają kolana.

Tymczasem partia pod wodzą Ewy Kopacz leci na autopilocie. Mówi z pozycji siły, której nie ma. Stara się straszyć czymś, co już nie wydaje się wyborcom takie straszne. To prosty mechanizm psychologiczny: kolejne bodźce działają coraz słabiej, aż w ogóle przestają. I właśnie to się wydarzyło.

Jesienne wybory to pierwsza od dawna szansa dla lewicy. Byle tylko nie popadała w sekciarstwo. W moim przekonaniu wypominanie Hartmanowi i innym, że nie są dostatecznie lewicowi nie ma sensu. Tylko mało prawdopodobna koalicja różnych partii lewicowych ma szansę na wejście do parlamentu. Może tym razem warto?

W każdym razie, fajnie by było zrobić coś, żeby nie trzeba było ani strzelać ani emigrować.

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *