„Jesteśmy głupi”

O ile Marcin Król próbuje się chociaż rozliczyć ze swojej ślepoty i oświadcza, że był głupi, to niektórzy przedstawiciele środowiska, któremu chyba wciąż patronuje, od czasu do czasu bez żenady wciąż krzyczą „JESTEŚMY GŁUPI”. Moją nową idolką została Katarzyna Kolenda-Zaleska, której niektóre teksty należą do klasyki tego gatunku.

Jej ostatni artykuł pt. Wkurzeni na wszystko to prawdziwa perełka. Teza tego artykułu jest taka, że „modnie jest być wkurzonym”. Bycie zadowolonym jest, zdaniem autorki, „podejrzane”. Ja bym się obydwoma rękami pod tym podpisał, bo generalnie uważam, że jakimś dziwnym trafem zadowoleni są z siebie głównie Janusze biznesu i takie Stefany ekranu, jak autorka wspomnianego artykułu. Niestety wydźwięk jest ironiczny.

Spróbujmy przełknąć serwowane przez redaktorkę TVN-u danie w małych porcjach. Oto przystawka:

Wkurzeni są bywalcy symbolicznego placu Zbawiciela, bo jak nie być wkurzonym, skoro wszyscy są wkurzeni. Młodzi są wkurzeni na Kościół, więc rezygnują z chodzenia do Kościoła. O ile łatwiej jest swoją nieobecność i obojętność usprawiedliwiać wkurzeniem.

Ten fragment nie pochodzi z Frondy, ani z Tygodnika Powszechnego. A tekst dotyczy polityki. Ale dowiadujemy się, co jest obowiązkiem młodych, którzy nie mają ochoty słuchać o „dżenderyzmie”, „złu antykoncepcji” albo nie lubią być pouczani, czy też nie przepadają za instytucjami, gdzie nie ma się nic do powiedzenia. Jest nim zmiana Kościoła od środka. Musisz, młodzieńcze, identyfikować się z Kościołem, bo jak nie to jesteś winny nieobecności. Wydawało mi się, że uczestnictwo w praktykach religijnych jest dobrowolne, ale najwyraźniej się myliłem.

 

W charakterze zupki proponuję:

Nie lekceważę tego, co się ujawniło po wyborach prezydenckich. Tego podskórnego fermentu i tlącego się wewnętrznego buntu, który niewielu dostrzegło. Tego poczucia beznadziei w pięknym przecież świecie, który zapomniał o solidarności i pędził do przodu bez oglądania się na boki.

Chciałbym podkreślić to „niewielu dostrzegało”. W tym „pięknym przecież świecie” (Pola Dwurnik?) codziennie ukazują się gazety. Spora część tych najlepiej się sprzedających jest wypełniona właśnie tym „poczuciem beznadziei”. Przecież to właśnie jest w tabloidach. Anegdotki z życia gwiazd i gwiazdeczek są ważne – tak. Ale może istotniejsze są historie z życia wzięte. Tytuły krzyczące do rządu to nie tylko strategia sprzedażowa. To prawda, że tabloidy wyglądają wszędzie podobnie. Ale „podobnie”, to nie „identycznie”.

Co to znaczy „niewielu”? Czy kilkanaście tysięcy czytelników lewicowych pism to „niewielu”? Czy „niewielu” to kilkaset tysięcy czytelników prawicowych mediów? I czy faktycznie to się „ujawniło w wyborach prezydenckich”, czy po prostu wystarczyło się przejechać po Polsce, żeby to dostrzec?

 

Czas na główne danie:

I tylko mam jedną wątpliwość. Na ile to wkurzenie jest dziś autentyczne, a na ile jest modą wynikającą z braku chęci przyjęcia odpowiedzialności. Chcę zrozumieć tę wściekłość, to oburzenie, ten kryzys w postrzeganiu świata. Nie będzie to chyba łatwe, bo być może odchodzi w przeszłość świat, który znamy.

Zwróćcie uwagę, że mamy do czynienia nie z kryzysem w ogóle. Nie mierzymy się z realnymi, głębokimi, systemowymi problemami. Nie, to jest kryzys w postrzeganiu świata. Tego „pięknego przecież świata”. Chciałem tylko przypomnieć, że w naszej części tego „pięknego przecież świata” ok. 1/4 dzieci żyje w biedzie, bezrobocie utrzymuje się na dwucyfrowym poziomie, odsetek pracujących na śmieciówkach jest nieporównywalnie większy, niż w zachodniej Europie, dokładnej skali patologii w miejscu pracy nawet nie umiemy porządnie zbadać, nie mówiąc o zapobieganiu. To nie są „wypaczenia systemu”. To jest nasz system. Nasz lokalny kapitalizm. Nasz własny model społeczny. I pani się dziwi, że ktoś jest wkurzony?!

Pendolinizacja, czyli usprawnianie małej części systemu kosztem całości to zasada, którą kierował się rząd przez ostatnie 8 lat. Wcześniejsze nie były lepsze. Długi wywiad na ten temat ukazał się nawet w Wyborczej. Nawet należąc do tej mniejszości, która z usprawnień korzysta w sporym stopniu, jestem oburzony. Bo chciałbym na przykład móc sprawnie dojechać pociągiem w Bory Tucholskie. Bo chciałbym się normalnie dostać do lekarza. Bo chciałbym nie pracować jako jednoosobowa firma.

Nareszcie deser:

 

Przez ostatnie trzy tygodnie czytam rozprawy socjologów i publicystów, by zrozumieć powstanie tej międzypokoleniowej wyrwy, która wyklucza porozumienie. Pewne diagnozy są oczywiste, ale też nie wyjaśniają wszystkiego. Może faktycznie czas na wymianę elit. Może faktycznie czas na przemodelowanie tego wszystkiego, co się udało osiągnąć. Zburzyć wszystko i budować na nowo. Tylko czy burzenie to jest najlepsza droga?

 

Mam nadzieję, że autorka, jak ś.p. Józef Oleksy „będzie teraz, jak brzytwa”.  A ja chciałem zapytać, czy to aby nie budowanie przez 10 lat przekazu, który prawie odczłowieczał niezadowolonych z transformacji „wyklucza porozumienie”? Czy to niemożliwe jest porozumienie „międzypokoleniowe”? A może raczej niemożliwość konsekwentnie sabotowanego porozumienia międzyklasowego, doprowadziła do powstania „plemion” i teraz prawie niemożliwe jest porozumienie „międzyplemienne”? Tego nie wiem. Wiem, że ja jestem wkurzony. I modny.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *