Precz z preczem

Kiedy jeszcze byłem mniej leniwy czytywałem, nawet dość regularnie, Najwyższy Czas. Bardzo to lubiłem, bo koktajl słusznych obserwacji, półprawd i oczywistych bzdur był przyrządzony bardzo inteligentnie. Dopiero wydestylowanie poszczególnych składników pozwalało stwierdzić, dlaczego te napoje są trujące. Bardzo lubiłem to ćwiczenie.

Z podobnych powodów lubię polemizować z Wyborczą. Czasami teksty ukazujące się we wciąż chyba najbardziej poczytnej gazecie dorastają poziomem do publikacji korwinowskiego organu. Prawda, przekrój poglądów w Gazecie jest szeroki. Doceniam też, że ukazuje się sporo tekstów lewoskrętnych. Choroba „prawdopośrodkizmu”, jak to ładnie kiedyś nazwało któreś z moich znajomych nadal jest jednak poważna. Może to i dobrze. Brakowałoby mi artykułów Gadomskiego.

W swoim tekście „Precz z biadoleniem nad prekariatem” publicysta pokazuje ten pazur, z którego słynie. Jest to wspaniała filipika przeciwko narzędziom, które pozwalają sporej grupie ludzi opisać swoją sytuację w kategoriach zbiorowych, a nie indywidualnych. Pełna niemal korwinistycznych uproszczeń i przekłamań. Mój wpis będzie cokolwiek przydługi, bo Gadomski sprytnie i szybko pozawiązywał węzełki, których rozsupłanie wymaga nieco miejsca.

Pierwsza część tekstu skierowana jest przeciwko pojęciu „proletariatu”. Zainspirowany chyba Hanną Arendt, publicysta przypomina, co termin ten oznaczał w starożytnym Rzymie. Ten zabieg pozwala mu od razu zdyskredytować marksowskie użycie tego terminu. Jak niemiecki filozof śmiał napełniać ten termin treściami przystającymi do całkowicie nowych czasów? Przecież filozofowie nigdy czegoś takiego nie robili! Ale dopiero po pierwszej salwie wytoczone zostają naprawdę ciężkie działa:

Po 100 latach od wynalezienia przez trewirskiego brodacza słynnego słowa w Rosji proletariat rzeczywiście dokonał przewrotu i doszedł do władzy, a potem dał władzę proletariuszom kilku innych krajów. Wówczas intelektualiści musieli zmodyfikować definicję proletariatu. Okazało się, że do klasy proletariuszy należą brzuchaci sekretarze partii żyjący w dość luksusowych warunkach.

Po co wymyślać nowe chwyty, skoro stare tak dobrze się sprawdzają? Oczywiście, Sowiecka Rosja jest ostatecznym dowodem na to, że sama kategoria „proletariatu” była kompletnie nieprzydatna. Wykorzystanie marksizmu w służbie totalitarnego państwa oznacza, że cały nurt staje się głupi i nie ma potrzeby się nad nim zastanawiać. Tym samym publicysta rozprawił się ze sporą częścią lewicowej tradycji intelektualnej. Ba! Ze wszystkimi „intelektualistami”, którzy jak wiadomo są taką jednomyślną grupką, która siada i redefiniuje pojęcia.

Na szczęście nie poprzestał na tym. Ostrze tekstu jest bowiem wymierzone przede wszystkim w prekariat. Pojęcie to, zdaniem Gadomskiego, zostało wymyślone, żeby zastąpić tak dogłębnie przez niego skrytykowane pojęcie proletariatu. Nie ma związku z tym, że kapitalizm znacznie się zmienił. Przecież w późnych latach 70., po kryzysie naftowym sytuacja pracowników na Zachodzie uległa zmianie. Proces osłabiania pracy nasilił się, mówiąc w skrócie, wraz z pogłębieniem procesu globalizacji po upadku Bloku Wschodniego. Wraz ze zniknięciem realnej alternatywy dla kapitalizmu, presja na prawa pracownicze uległa rozluźnieniu, a wręcz zniknęła. Jednocześnie otwarcie nowych rynków z tanią siłą roboczą, przeorało stosunki pracy w USA i Zachodniej Europie.

Opis społeczeństwa w kategoriach klas nadal ma, moim zdaniem, sens. Nie oznacza to jednak, że nic się nie zmienia. Weźmy choćby wspomniany przez Gadomskiego wzrost sektora usług. Zmiana rzeczywistości wymaga zmiany opisu. Standig dostarczył dobrego narzędzia do zrozumienia sytuacji przez ogromne rzesze ludzi na całym świecie. Ludzi, którzy mogą już wkrótce bezpośrednio konkurować na globalnym rynku pracy bez żadnych osłon, bez żadnego bezpieczeństwa.

Publicysta Wyborczej twierdzi, że do kategorii prekariatu może się odwołać każdy niezadowolony z warunków pracy. To nieprawda. Bardzo trudno jest wyznaczyć precyzyjną granicę „nowej niebezpiecznej klasy”. Co nie znaczy, że nie jest ona dobrze zdefiniowana. Podobnie jest przecież z innymi kategoriami społecznymi. Nie są one bardzo sztywne. Gdzie na przykład kończy się bieda? Państwa wyznaczają progi ubóstwa, ale w rzeczywistości, sytuacja ludzi zmienia się płynnie, nie przeskakują oni ze stanu „biedy” do stanu „klasy średniej”. Podobnie jest z kondycją prekariuszy.

Witold Gadomski nie poprzestaje jednak na krytyce pojęć. W ostatniej części tekstu przechodzi do krytykowania ludzi. Konkretnie: tych niezadowolonych. „Niezadowoleni” są w artykule zrekonstruowani z podobnym pietyzmem, jak pojęcia proletariatu i prekariatu. Innymi słowy, sprowadzeni od razu do absurdu. Są to bowiem ludzie, którzy „w wieku 25 lat nie mają mieszkania i nie mogą wziąć kredytu”. Podziwiam taki opis przeciwnika. W ten sposób cała niepewność przyszłości, mgliste perspektywy, codzienny trud w znalezieniu pracy zgodnej z kwalifikacjami zostaje sprowadzony do wybujałej ambicji posiadania mieszkania na własność.

Tymczasem w wołaniu o mieszkania, nie chodzi koniecznie o „własne M”. Gadomski odwołuje się do przykładów z Europy Zachodniej:

Nawet w bogatych krajach większości młodych ludzi nie stać na zakup domu lub mieszkania. Zaczyna się skromniej – od wynajęcia kawalerki, mieszkania z rodzicami, wyjazdu do mniejszego miasta, gdzie mieszkania są tańsze, pracy za granicą, by uzbierać coś na początek. Nawiasem mówiąc – w bogatszych od Polski krajach ludzie mieszkają na ogół w lokalach wynajętych, a nie własnych, kupionych na 30-letni kredyt.

Cała zabawa polega na tym, że właśnie nawet wynajęcie kawalerki jest poza zasięgiem. Wyjazd do „mniejszego miasta” też jest radą raczej śmieszną. Z jakiegoś powodu ogromna ilość osób po studiach w głównych polskich metropoliach jakoś nie wraca do „mniejszych miast”. Gdyby o mieszkanie chodziło, to Kalisz czy Koszalin zamiast kurczyć by się rozrastały.  A kurczą się nie z powodu fanaberii. To jest poważny proces, w którym rozbudzone aspiracje i potrzeby spotykają się z niemożliwością ich zaspokojenia. Standard życia w metropoliach jest nadal wyższy, niż w mniejszych ośrodkach.

Witold Gadomski poleca powrót do indywidualnych strategii. Do obwiniania siebie za wszystkie niepowodzenia i przeszkody, które mają charakter systemowy. Na pewno jest to wygodne. Dla niego. Po zastanowieniu stwierdzam, że ktoś robiący takie fikołki myślowe po prostu musi czuć niechęć do intelektualistów. Wiadomo – kompleksy.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *