Samoloty i humanistyka

Rozumiem doskonale sprzeciw wobec tak zwanego „narzekactwa”. Zakładanie z góry, że „to się nie uda” jest potwornie męczące. Stanowi barierę dla inicjatywy, sprawia, że entuzjazm dla jakiejkolwiek działalności pryska.

Paradoksalnie to narzekactwo przejawiają zwykle samozwańczy obrońcy „racjonalności” i „zdrowego rozsądku”. To partia status quo sięga po argumenty typu: „to jest za drogie”, „prawo tego nie przewiduje” i tym podobne. Oczywiście, takie zastrzeżenia są ważne. Warto każdy pomysł prześwietlić zanim się go wprowadzi w życie. A jednak każdy dobry menadżer, coach czy account wie, że w czasie burzy mózgów nie można zaczynać od przeszkód. Jeżeli najpierw spiętrzymy trudności, możemy każde zadanie przedstawić jako pasmo piętrzących się w nieskończoność trudności.

Dlaczego piszę, jakbym przygotowywał wystąpienie dla Lewiatana albo na Kongres Obywatelski? Ponieważ partia status quo, w naszym wypadku, mieni się przyjacielem przedsiębiorczości. Opiera się na pytaniu „co zrobiłby rynek”? Przy czym nie bierze pod uwagę, że „rynek” to płynna i mocno zmienna rzeczywistość.

Temu narzekactwu polska polityka i sfera polityczna w ogóle ulegają nader łatwo. Społeczeństwo nauczone przez „25 wolności”, że najłatwiej jest skrytykować wszystko, co kosztuje. Dlatego na przykład nasza zielona wyspa nie jest w stanie kupić przyzwoitego rządowego samolotu. Taki samolot to nie fanaberia, tylko najzwyklejsze w świecie narzędzie pracy.

Tego narzędzia polscy politycy skutecznie się pozbawili. Odwołując się ciągle do konieczności poświęcenia w imię dobra kraju, doprowadzili do sytuacji, w której sami nie są w stanie uzasadnić konieczności zakupu maszyny znacznie tańszej, niż sprzęt wojskowy.

Dlatego dominujące partie powinny być wdzięczne oburzonym i wkurzonym. Główne partie utknęły w postpolityce, powtarzają w kółko mantry o rynkach albo wysyłają do boju kolejne hufce w wojnie kulturowej. Wkurzeni obywatele, nie będąc w stanie naruszyć zabetonowanej wciąż sceny politycznej, pozwalają głównym graczom wprowadzać do gry nowe karty.

Widok jest tym piękniejszy, że wszyscy mówią o „innowacyjnej gospodarce” itd. Tymczasem każda z głównych partii dołożyła swoją cegiełkę do osłabienia polskiej nauki i sprekaryzowania pracowników kultury. A to właśnie nauka – także humanistyka – oraz „przemysły kultury” (pojęcie dyskusyjne, ale użyteczne) są podstawą każdej gospodarki opartej na wiedzy.

A to dlatego, że hamuje nas najczęściej nie brak know how, ale brak otwartości , tolerancji dla nowych rozwiązań. Chęć podejmowania ryzyka. Dużo się o tym mówi, a mało robi. Cały czas panuje gospodarka symboliczna: tworzenie oznak sukcesu zamiast samego sukcesu. Pociągi bez pasażerów, laboratoria bez naukowców, filharmonie bez muzyków.

Ten model powoli się wyczerpuje. Powoli głos partii rozwoju i zmiany staje się słyszalny. Kto do niej należy? Nie potrafię wymienić wszystkich członków, ale na pewno Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej i małopolski ruch Dziady Kultury. Ci, którzy pamiętają, że to wszystko ma być dla ludzi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *