Tereferendum

Do referendum, które zostało rozpisane przez Bronisława Komorowskiego ze strachu przed wyborczą porażką został nieco ponad tydzień. Jak dotąd nie odbyła się żadna poważna debata na temat referendalnych pytań. Prawdopodobnie dla przyzwoitości ktoś posadzi obok siebie dwa posłuszne pionki reprezentujące główne partie. Pionki te będą okładać się po głowach, świadome, że każdy wynik jest dla nich korzystny.

To referendum bardziej, niż cokolwiek innego pokazuje, jak mocno polska scena polityczna była zabetonowana. Nie zgadzam się z flirtującą z neoliberałami socjolożką Karoliną Wigurą. Teza o ograniczeniu perspektywy politycznej do PO-PiS-u jest jak najbardziej prawdziwa. Fakt, że spod betonu wyrastają pojedyncze roślinki nie przekreśla jej ważności. Wychynięcie nowych partii takich, jak Nowoczesna (już nie .PL) czy Razem (któremu mocno kibicuję) niewiele zmieniło. Walka zasadniczo nadal odbywa się między „mainstreamem” a mediami konserwatywnymi. Nie-PiS i nie-PO mobilizują do głosowania na swoje obozy.

PO postanowiło zaatakować plakatami o JOW-ach, wskazując, że PiS jest przeciw. Serio – to jest główny argument rządzącej partii: że największa partia opozycyjna czegoś nie popiera. Czy Platforma jest partią nastolatków? „Nie nosimy Adidasów, bo Adidasy są dla lamusów. Teraz rządzą AirMaxy. Dlaczego? Bo tak.” – ogłasza rzecznik fajnych nastolatków. Przy takim nastawieniu debata nie jest potrzebna.  Jeżeli patrzymy na kwestie ustrojowe z punktu widzenia estetyki albo przynależności plemiennej, to naprawdę nie ma sensu ich roztrząsać. Są wpisane w ciąg małych gestów, które nie mają innego uzasadnienia poza podtrzymaniem grupowej tożsamości. Czy da się zorganizować debatę między kibicami Lecha i Legii, w której racjonalne argumenty rozstrzygną o wyższości którejś z drużyn?

PiS postanowił wykorzystać tę sytuację. Prezydent Duda zaproponował kolejne referendum. Tym razem połączone z wyborami parlamentarnymi. Jest to sprytny ruch, bo tym sposobem głosowanie może okazać się wiążące. Problem w tym, że kwestie referendum Dudy, choć ważne, powinny zostać, moim zdaniem, w gestii Sejmu.

Sytuacja, w której z jednej strony głosujemy nad zmniejszeniem reprezentatywności parlamentu, a z drugiej dewaluujemy ideę demokracji bezpośredniej jest tragiczna. Dlatego nie mogę uwierzyć, że poważna prasa może bronić Bronisława Komorowskiego. To polityk, który zagroził demokracji, a ściślej zadał poważny cios demokratycznym postawom, które i tak w Polsce nie mają się najlepiej. Ten sarmacki król bonmotów z błędnej politycznej kalkulacji dopuścił pod powszechne głosowanie oligarchizację polityki. Ogłosił głosowanie, którego skutki mogą być tak groźne, że mimo moich zasad zostanę w domu.

Kiedy warszawiacy głosowali za odwołaniem Hanny Gronkiewicz-Waltz Platforma wzywała do bojkotu referendum. Uznałem, że to paskudny gest. Na jednej szali stała bowiem kariera jednego polityka, na drugiej – szacunek dla demokratycznych procedur, poczucie wpływu obywateli na własne losy. W przypadku referendum Komorowskiego mamy do czynienia z szatańskim wyborem – głosowanie z szacunku dla demokracji grozi jej poważnym osłabieniem.  W tej sytuacji nie wiem, kto mnie bardziej przeraża – prawica, której polityka opiera się na negowaniu praw kolejnych grup obywateli – niedostatecznie katolickich, zbyt genderowych albo głoszących nieprzyjemne historyczne prawdy? Czy raczej „umiarkowana” prawica, której skrajny pragmatyzm może doprowadzić do zapaści systemu demokratycznego?

W każdym razie, we wrześniu zostaję w domu. Chociaż wiem, że i to jest niebezpieczne. Że właśnie to jest porażka demokracji. Że straciliśmy już blisko połowę obywateli – zostają w domu, grillują, wyjeżdżają. Bardzo dobrze pokazuje to film „The Rise and Rise of Michael Rimmer”. Główny bohater jest ambitnym marketingowcem. Jego sukcesy pozwalają mu wejść do świata polityki. Wkrótce zostaje premierem Wielkiej Brytanii. Cyniczny i brutalny Rimmer ogłasza program radykalnej demokracji: odtąd wszyscy obywatele mają decydować o bieżących sprawach państwa: wysłaniu pomocy humanitarnej do Etiopii, pożyczkach dla Gabonu itd. Ten sprytny ruch pozwala zniechęcić ludzi do polityki. Po zamieszkach, Rimmer przejmuje władzę absolutną.

Ten film to przestroga. Narzędzia, nawet demokratyczne, bez demokratycznego ducha, że ujmę to w sposób bardziej dziewiętnastowieczny – mogą doprowadzić do strasznych konsekwencji. Dlatego mimo tony betonu, która zalała nasze życie polityczne pójdźmy na wybory w październiku. I zagłosujmy w końcu na jakąś lewicę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *