Łikendowy miszmasz z grochówką i historią

W weekend wracaliśmy z żoną do domu przez Pole Mokotowskie w Warszawie. Przy głównej alejce odbywał się piknik dla dzieci. Tematem było Powstanie Warszawskie. Młodzież mogła pomacać broń, poznać „realia powstańczego życia” – na polanie ustawione były makiety ruin. Można też było smacznie zjeść. Małych wojowników, którzy zaliczyli wszystkie przystanki: szpital, mieszkanie, kuchnię i zbrojownię czekał quiz: ile trwało Powstanie? Ile osób wzięło w nim udział?

Była to tylko jedna z setek imprez poświęconych tej wielkiej i tragicznej rzezi. Co więcej, Powstanie rozlewa się na cały kraj, nie tylko do mazowieckich miast i miasteczek, ale dociera już do Poznania i Szczecina.

Polacy najwyraźniej kochają historię. Grupy rekonstrukcyjne wyrastają wszędzie, jak grzyby po deszczu. Nakłady dodatków historycznych są wysokie, jak drapacze chmur. Powstają murale, piosenki i książki o „żołnierzach wyklętych”. Nie da się przejść ulicą, żeby nie trafić na jakieś wydarzenie związane z historią polskiego oręża.

Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby każdy brzdąc potrafił z pamięci narysować pozycje wszystkich sił w bitwie pod Wizną. Żeby dowolny gimnazjalista potrafił wierszem zrelacjonować kolejne etapy Akcji „Burza” albo wyrecytować skład osobowy dowolnego batalionu Armii Krajowej.

Problem w tym, że przy całej tej obsesji na punkcie historii militariów, dorośli Polacy nie znają naprawdę swojej historii. Nie mają pojęcia, o tym, skąd się wzięła i na czym naprawdę polegała pańszczyzna. Nie mają pojęcia o strajkach w II RP.

Ale nie można mieć pretensji do niespecjalistów, jeżeli nawet tak zwana inteligencja nie potrafi w szerszej perspektywie spojrzeć na PRL. Nie jestem fanem Polski Ludowej, ale jeżeli się wie, jaka bieda panowała w miastach i jak nędzne były wsie w międzywojennej Rzeczpospolitej, trudno patrzeć na kwaterunek dodatkowych osób w mieszczańskich domach jako na krzyczącą niesprawiedliwość. Tymczasem wciąż dominująca narracja każe przede wszystkim ubolewać nad „barbarzyństwem” nowych lokatorów, którzy nie dbali o wspaniałe wnętrza. Każe utyskiwać na państwo, które pozwoliło podupaść pięknym budynkom.

Historia w jej najbardziej rozpowszechnionej wersji wygląda tak: Polska to wiecznie zdradzany bohaterski kraj szlachciców. Przed II wojną światową osiągnął niebywały rozkwit i bogactwo, nawet jeżeli były jakieś problemy. Niestety, zdrada Francji i Niemiec pozwoliła znowu podbić nasz kraj. A potem nie wiadomo skąd spadli na Polskę komuniści i wprowadzili reżim, od którego w zasadzie wszyscy Polacy trzymali się z daleka. Dopiero po 50 latach odzyskaliśmy niepodległość. I tutaj, w zależności od opcji politycznej albo osiągamy bezprecedensowy rozwój i w zasadzie stoimy u wrót raju, albo też przez ciągłe spiski i knowania ludzi, którzy są jakimiś gorszymi Polakami ciągle cierpimy i nie możemy się „naprawdę wyzwolić”.

Tak, jest to też narracja liberalnego centrum. Tych tak zwanych „rozsądnych ludzi”. Szczęśliwie część z nich nie ulega rasistowskiej panice, która opanowała znaczną część polskiego społeczeństwa i mediów (polecam na przykład rasistowskie okładki Do Rzeczy i wSieci), ale swoją ignorancją, zgodą na tę narrację podsycają ksenofobiczne nastroje.

Niewiedza o tym, jak koszmarnie wyglądała sytuacja większości Polaków w II RP jest zatrważająca. Pamiętniki chłopów i Pamiętniki bezrobotnych wydane w latach 30tych przez Instytut Gospodarstwa Społecznego powinny być lekturą obowiązkową. A każdy, kto narzeka na barbarzyńskie dokwaterowania warto dodatkowo zadać lekturę 13 pięter Filipa Springera. Opisy nędznego życia warszawskich mas mogłyby równie dobrze dotyczyć warunków w obozach dla uchodźców na Bliskim Wschodzie.

Poznanie warunków życia naszych rodaków pozwala zrozumieć autentyczne poparcie, jakim po wojnie cieszyły się nowe władze. Trzeba też pamiętać, że wojna nie była okresem radosnego rozkwitu męskiej siły. To brud, zmęczenie, cierpienie i śmierć. Koniec wojny wiązał się z wielką euforią.

PRL jednak nie był nastawiony na spełnienie potrzeb ludzi, ale na uruchomienie machiny produkcyjnej. Oparty przez dekady na przemyśle ciężkim, okryty nocą stalinowskiej dyktatury, dość szybko rozczarował sporą część społeczeństwa. Nie wolno jednak zapomnieć o ogromnym społecznym awansie, trudzie odbudowy i powiększeniu zasobu mieszkań. O objęciu społeczeństwa powszechnym ubezpieczeniem zdrowotnym. I kilku jeszcze cywilizacyjnych osiągnięciach.

To wszystko są tematy, o których warto dyskutować. Podejście do nich mogłoby nas wiele nauczyć o nas samych. Przede wszystkim pozwoliłoby nam jednak podyskutować o naszej wspólnocie, naszym społeczeństwie.

Zamiast tego, ogarnięci obsesją historyczną wolimy dyskutować o bitwach. O pojedynczych postaciach raczej niż o procesach. Nie potrafiąc zrozumieć przeszłości, jesteśmy też bezbronni wobec teraźniejszości.

Nie potrafiąc zagłębić się we własną historię, nie rozumiemy skąd w naszym społeczeństwie wszechobecna logika głodu. Logika, która każe robić zapasy i chować suchy chleb pod poduszką, choć lodówka jest pełna. Ta sama logika każe klasie średniej ulegać logice grodzenia, chronić to, co już ma, niż troszczyć się o dobro wspólne.

Obsesja historyczna jest szkodliwa, bo daje nam iluzję wiedzy. Znamy wszystkich Burych, Bronków, Szakali czy Ogni. Obudzeni w środku nocy wiemy, że powstańcza walka trwała 63 dni. Ale już nad tym, co decyzja wyznaczenia godziny W na 17tą oznaczała dla mieszkańców Warszawy rozprawiać nie potrafimy. Mało kto słyszał o łzach generała Tataja.

Wydaje mi się, że ta obsesja historyczna została wyhodowana przez dominujący dyskurs III RP. Uwielbienie dla Balcerowicza, kult własności prywatnej, hurraoptymizm nowych mieszczan, pochwała wąsko rozumianej przedsiębiorczości. To wszystko stworzyło klimat kultu nieistniejącego bytu: samowystarczalnej jednostki. I to jest nasza polska perspektywa.

Tak patrzymy zatem nie tylko na ekonomię i historię. Patrzymy tak na politykę. Tak postrzegamy zjawiska na świecie. W gruncie rzeczy nie mamy dostępu do żadnych mechanizmów. A bez tego nie zostaje nam karmienie się kulturą obrazkową. Myślimy karykaturami.

W sobotę byłem wściekły. Złapałem się na tym, że sam tworzę karykaturę. Karykaturę narodowca, który poza tym, że jest faszystą ma też pewnie inne cechy. I stojąc obok transparentu „Refugees Welcome” starałem się ze wszystkich sił humanizować tych wszystkich brunatnych chłopców, którzy coraz odważniej opanowują nasze miasta.

A w niedzielę, wyłudziwszy z „powstańczej kuchni” grochówkę, patrzyłem jak na oko dziesięcioletni chłopiec, który przyszedł z modnym tatą w kolorowej kurtce butach New Balance, recytuje informacje o powstaniu warszawskim. Zrozumiałem, że mam tylko kilka lat zanim będzie trzeba wybrać: strzelać, czy emigrować?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *