Coś nowego, czy .Dykta?

Niezmiernie bardzo mnie cieszy, że są jeszcze w Polsce ludzie, którym chce się dyskutować. Jest to przejaw godnego podziwu hartu ducha. Dyskusje są męczące i znacznie łatwiej pozostawać w kręgu ludzi o poglądach podobnych do własnych. Minimalizuje to ryzyko, że proszony obiad zamieni się w krwawą rzeźnię.

Dlatego z przyjemnością czytam wszelką krytykę skierowaną pod adresem partii Razem, która jest mojemu światopoglądowi najbliższa, a na dodatek planuje zadbać o interesy ludzi podobnych do mnie: zatrudnionych na śmieciówkach, samozatrudnionych, nisko opłacanych specjalistów i generalnie 90% Polaków, którzy żyją w permanentnym poczuciu delikatnego wydymania.

Potraktuję jeden z głosów krytycznych jako szansę zmierzenia się z wątpliwościami sporej grupy wyborców, którzy są przyzwyczajeni do głosowania taktycznego oraz na partie liberalne, które podpierają się wizerunkiem ugrupowań eksperckich. Osobiście uważam, że wystarczyłoby przypomnieć Unię Wolności – partię niewątpliwie ekspercką, która koncertowo skopała wszystko, czego się dotknęła. Innym przykładem może być „ekspercki” AWS, którego wszystkie „eksperckie” reformy są dzisiaj krytykowane od prawa do lewa. Ale skoro to nie działa, spróbujmy innych argumentów.

 

Głos krytyczny:  Podniesienie płacy minimalnej to trudna sprawa, na pewnym poziomie pomaga ruszyć gospodarkę do przodu, powyżej pewnego poziomu ją dusi – chyba nikt jeszcze nie wie dokładnie gdzie jest granica. Za to na bank nie pomoże obłożenie pracy masą zakazów, nakazów i obostrzeń. Już teraz jest trudno znaleźć pracę, trudno jest też znaleźć pracownika. Jak jeszcze dołożymy więcej utrudnień to sytuacja się nie poprawi. Skrócenie tygodnia pracy brzmi super, ale spadnie znacząco nasza konkurencyjność i zwiększy się ilość przekrętów (typu bezpłatne nadgodziny). Potrzebujemy uprościć system a nie go komplikować. Do tego boję się gdy ktoś chce zwiększać uprawnienia urzędów – nie zawsze jest to złe, ale już dzisiaj zły humor urzędnika może udupić dobrze prosperującą firmę.

 

Zacznijmy od tego, że w powyższej wypowiedzi mamy powiązane ze sobą kilka kwestii. Wyodrębnię je i spróbuję odpowiedzieć po kolei.

Po pierwsze – płaca minimalna. To prawda, jest to trudna sprawa. Ustalanie wszelkich progów wymaga pewnego stopnia arbitralności. Jedno jest natomiast pewne – udział płac w PKB (labour income share) odnotował istotny spadek od lat 90tych i należy do najniższych w Europie. Według komunikatu Komisji Europejskiej 48% wobec średniej dla całej UE – 58%. W zależności od sposobu liczenia labour income share ocenia się na ok. 38% do 53%, ale jedno pozostaje niezmienne: jest to jeden z najgorszych wyników nie tylko dla Unii, ale dla państw OECD.

Płacę minimalną pobiera w tej chwili znaczny odsetek zatrudnionych. W związku z tym jej podniesienie poprawi przede wszystkim ich sytuację. Co to może oznaczać? Ano, w krótkiej perspektywie – większe koszty dla części pracodawców, którzy dotąd konkurowali niskim kosztem pracy. Natomiast ubożsi, a nawet spora część klasy średniej większość swoich zarobków wydają – na jedzenie, mieszkanie i artykuły pierwszej potrzeby. Jeżeli uda im się pojechać na wakacje – to także w kraju. Na tym polega napędzanie wewnętrznego popytu, który w perspektywie kilku lat pozytywnie odbije się na gospodarce i kondycji rodzimych przedsiębiorstw. Płaca minimalna była podnoszona bardzo powoli i nadal jest niska, jest tu więc na pewno spory margines, w którym można się poruszać.

Po drugie – nie wiem, co wybrać, ponieważ dalej następuje pewne splątanie tez. „Trudno jest znaleźć pracę i trudno jest znaleźć pracownika” – albo jest to kwestia braku komunikacji, albo rozmijających się oczekiwań. Być może z jednej strony trudno jest znaleźć pracę z płacą, która pozwala bez problemu się utrzymać, a z drugiej – trudno znaleźć pracownika, który zgodzi się na podyktowane przez pracodawcę warunki? Wtedy zgoda. Jeżeli jednak w Polsce jest największy wśród krajów OECD odsetek osób zatrudnionych na umowach czasowych, wynagrodzenia są niskie, a na dodatek nieuczciwi przedsiębiorcy nieuczciwie konkurują z uczciwymi przedsiębiorcami, którzy zatrudniają na umowę o pracę – to faktycznie sytuacja staje się trudna. To, że Polska ma najwyższy wśród krajów OECD odsetek zatrudnionych na umowy czasowe, wspomnianą plagę niskich wynagrodzeń oraz wielu przedsiębiorców konkurujących nieuczciwie przez zatrudnianie pracowników na tzw. śmieciówki (co utrudnia konkurowanie przedsiębiorcom nie stosującym takich praktyk) świadczy o dobrze opisanym fenomenie pułapki średniego wzrostu. Wciąż konkurujemy kosztami pracy, zamiast zwiększać produktywność.

Dlatego, po trzecie, Polacy pracują prawie najwięcej na świecie. Nie przekłada się to jednak ani na nasze zarobki, ani wzrost produktywności. Używając metafory – zamiast wprowadzić płodozmian, staramy się podnieść plon każąc chłopu pracować dłużej. To się sprawdza tylko do pewnego momentu. Mniej więcej do teraz.

Dlatego przy wprowadzeniu 35godzinnego tygodnia pracy i presji na wyższe płace produktywność raczej wzrośnie, niż spadnie.

Po czwarte – w tej chwili Państwowa Inspekcja Pracy może ukarać pracodawcę mandatem do 5 tysięcy złotych. Wzrost jej uprawnień nie grozi wprowadzeniem państwa policyjnego, a raczej normalnego nadzoru nad przestrzeganiem warunków pracy, czym obecnie nie zajmuje się nikt.

Po piąte – fakt, że każde państwo – czy USA, czy Francja czy Islandia – potrafi udupić przedsiębiorcę, nie oznacza, że nie powinien on być poddany nadzorowi. Jest to kwestia przejrzystości przepisów oraz sprawnie działających sądów (których pracownicy nawiasem mówiąc są słabo opłacani) – część większej całości. W tej chwili mamy do czynienia ze zjawiskiem państwa słabego dla silnych – dużych firm oszukujących fiskusa, które stać na prawników i im podobnych, a silne dla słabych – drobnych przedsiębiorców, którzy popełnili drobne wykroczenia. I partia Razem do tego też się odnosi – chce zwiększenia kontroli nad dużymi, międzynarodowymi firmami. Między innymi wprowadzenia regulacji, które zmuszą je do płacenia podatków w Polsce. W tej chwili za granicę wycieka kilkadziesiąt miliardów złotych rocznie.
Głos krytyka: Podatek progresywny skutkuje tym, że ludzie przenoszą firmy za granicę i nie płacą w Polsce nic, albo przechodzą do szarej strefy i płacą tylko ułamek tego co by płacili normalnie. To, że chcą renegocjować umowy z rajami podatkowymi to fajny slogan, ale wątpię by raje podatkowe miały się tym przejąć. Czym chcą przekonać te kraje? Dlaczego WB czy Niemcy mieli by zmieniać swoje systemy podatkowe skoro zyskują na tym, że my się nie potrafimy ogarnąć?

Podatek progresywny skutkuje tym, że ten, kto więcej zarabia dzięki publicznej infrastrukturze: darmowym szkołom, publicznym drogom itd., ponosi nieco większą odpowiedzialność za te wspólne dobra. W tej chwili, stosunkowo najwięcej na państwo łożą najbiedniejsi. Bogatsi mogą uciec na samozatrudnienie – mówimy teraz o pracownikach.

Natomiast progresywny podatek od firm także nie jest niczym niezwykłym. I nie ma ryzyka masowej ucieczki. Dlatego, że tutaj są konsumenci i klienci firm. Oczywiście, giganty mogą starać się „optymalizować” – wprowadzając skomplikowane (lub nie – jak fikcyjne opłaty za prawa do logo, casus TP S.A. i Orange) mechanizmy, które pozwalają im wyprowadzić część należnego podatku. Jednak istnieją rozwiązania prawne, które i to znacznie utrudniają.

Raje podatkowe mają się tym przejąć, bo jedna strona wypowie umowę. Natomiast, jeśli chodzi o Wielką Brytanię i Niemcy – jesteśmy raczej ich podwykonawcami. Wbrew pozorom nie istnieje „wolny rynek państw”, które konkurują niskimi podatkami. Zjawisko to ma charakter ograniczony. Poza tym, powtórzmy, w tej chwili płace w Polsce są niższe, niż w Czechach, czy na Słowacji, miejsca pracy mniej stabilne, niż w Bułgarii i Rumunii. A zamiast tworzyć warunki rozwoju lokalnym firmom, wpuszczamy międzynarodowe hipermarkety, dyskonty i inne firmy. Rzecz niespotykana w innych krajach UE, które pozwalają gminą na znacznie większą kontrolę nad swoim terytorium, co z kolei pozwala ograniczyć niekorzystne zjawiska.
Głos krytyka: Państwowy system budowy mieszkań? Wielka Płyta 2.0. W Warszawie w po Pierwszej Wojnie Światowej by zbudować całą masę mieszkań wprowadzono prawo zwalniające od podatku tego typu inwestycje – i tak powstał Mokotów z piękną modernistyczną architekturą. Uważam że wszelkie dopłaty, czy w ogóle finansowanie z budżetu państwa tego typu inwestycji sprowadzi się do masy kiepskiego i bardzo drogiego budownictwa. Zakaz eksmisji też brzmi świetnie chyba że ktoś zajmuje twoją własność. Prawo związane z wynajmowaniem mieszkań jest tak niekorzystne dla właścicieli, że nie opłaca się wynajmować po prostu (można stracić mieszkanie w które się zainwestowało).

 

Jeżeli chodzi o kwestię mieszkań, gorąco polecam książkę 13 Pięter Filipa Springera. Dość dobrze opisuje on porażkę wprowadzonej w międzywojniu ulgi. W rezultacie powstały mieszkania dla mieszczan, natomiast sytuacja kilkuset tysięcy ludzi, którzy gnieździli się po 5 i więcej osób w jednym pokoju, koczowali na podwórkach i ulicach albo wegetowali w schroniskach dla bezdomnych nie zmieniła się ani trochę. II RP potrafiła wybudować ładne budynki – dla 2% mieszkańców stolicy. Reszta nie miała co liczyć na przyzwoite mieszkanie.

Wyjątkiem była Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa – zbudowana na innej, niekomercyjnej zasadzie, a chyba Żoliborz to nie jest najbrzydsza dzielnica Warszawy, co?

W kwestii dopłat – państwo dopłacało deweloperom w ramach programu Rodzina na Swoim. To był faktycznie błąd. Natomiast jednocześnie mamy całkiem niezły program Taniego Budownictwa Społecznego. Fakt, że w Polsce nie budowało się i nie buduje mieszkań na wynajem jest ewenementem na skalę Europy. Ale nie tylko – w Nowym Jorku lokator jest chroniony znacznie lepiej, niż w Warszawie.

Czy mieszkania nie opłaca się wynajmować? Proponuję rozpisać ankietę wśród właścicieli więcej, niż 1 mieszkania. Natomiast fakt – prawo o ochronie lokatorów było pisane bez uwzględnienia osób, które np. wynajmują tylko 1 lokal. Ale być może, gdyby budowano więcej mieszkań na wynajem trudne sytuacje także dotykałyby ich rzadziej.
Głos krytyka: Propozycje służby zdrowia mogą wydawać się fajne jeśli potraktować je jako prozę fantasy. Zniesienie składki zdrowotnej i finansowanie jej z budżetu państwa? no super, ale to oznacza że o ile trzeba będzie podnieść podatek dochodowy? Kolejne 10%? 20%? Podniesienie pensji pielęgniarkom to konieczność, jasne, ale póki co ich program zakłada tylko wydawanie co raz większej kasy i odpływ kapitału z PL, więc skąd na to wezmą pieniądze? Ideologicznie spoko – dostęp do aborcji, antykoncepcji, profilaktyki i tak dalej.

Jeżeli wprowadzi się progresję podatkową, a jednocześnie ograniczy możliwość wyprowadzania pieniędzy za granicę, zlikwiduje się ulgi w Specjalnych Strefach Ekonomicznych – wystarczy na to rozwiązanie z nawiązką. Planowana podwyżka podatków nie jest gwałtowna, a historyczne przykłady nie świadczą o tym, by miał nastąpić exodus biznesu.

Głos krytyka: Podział Polski na A i B chcą dokonać poprzez sprowadzenia wszystkiego do poziomu B. Jestem z Warmii, nie trzeba mi tłumaczyć, że taki podział istnieje. Nie jest jednak dobrym rozwiązaniem by topić ogromne pieniądze w nierentowne linie kolejowe, nie jest rozwiązaniem, dodatkowa biblioteka tu czy tam, do której i tak prawie nikt nie zajrzy nie sprawi, że ludziom którym brakuje na chleb zacznie się żyć lepiej, większa armia urzędników (którym trzeba też zapłacić) nie pomoże rozwiązać problemów braku edukacji i pracy.

Linie kolejowe są nierentowne, ponieważ zamyka się małe połączenia niszcząc w ten sposób system kolei. W dobrze działających systemach kolei małe połączenia zasilają większe, bardziej rentowne. Należy liczyć bilans z wielu linii i zysk dla systemu jako całości, a nie brać pod uwagę pojedyncze linie. Dlaczego tej samej logiki nie zastosować do dróg? A jakoś nie słyszałem, żeby ktoś się domagał zaniechania napraw dojazdów do autostrady. Natomiast na kolei analogiczny proces zaszedł. Wszystkim zainteresowanym polecam lekturę dwumiesięcznika „Z biegiem szyn”.

Dodam tylko, że badania dowodzą, że lepszy transport publiczny to tańsze zakupy i lepsze wykształcenie. Tutaj odsyłam do swojego starego tekstu na witrynie Krytyki Politycznej.

W innych kwestiach polecam fanpejdż dotyczący deglomeracji i artykuły poświęcone temu tematowi. A także krytykę modelu dyfuzyjno-polaryzacyjnego.
Głos krytyka: Kadencyjność w parlamencie to super pomysł, silniejszy status referendów to dobry kierunek, ale zakazywanie bilbordów i spotów? Ograniczy to komunikację między partiami i wyborcami.

Nieprawda. Kwestia dotyczy zakazu wydawania DOTACJI BUDŻETOWYCH na spoty i billboardy. Zostawmy na chwilę spoty. Ale co takiego komunikuje billboard? Proponuję się rozejrzeć i przeczytać, co znajduje się na billboardach partii. Czego wyborca się z nich dowiaduje?
Natomiast każda partia ma prawo do spotów w paśmie wyborczym. Dlaczego podatnik ma płacić za budowanie przewagi partii dostających dotacje z budżetu? Pieniądze z dotacji nie powinny być wydawane na autopromocję.
Głos krytyka: Opiekuńczość państwa brzmi bardzo szczytnie, ale to kolejne wydane pieniądze, a nie widać w programie żadnego kierunku z którego te pieniądze miały by płynąć. Poza tym kasa za posiadanie dzieci, łatwy zasiłek dla bezrobotnych – to brzmi demotywująco. Czyli już nie trzeba pracować? Państwo da ci pieniążki i możesz sobie pić piwko cały dzień?

Państwa nordyckie budowały swoje systemy w odpowiedzi na Wielki Kryzys. Spora część ich obywateli żyła w nędzy. To budowa ich systemu społecznego jest częścią tajemnicy ich sukcesu: oparcie się na solidarności, wspieranie lokalnych przedsiębiorstw, spółdzielni (np. 2 największa firma w Danii jest w istocie zrzeszeniem wielu małych podmiotów) itd. Kapitał SPEKULACYJNY może ZAWSZE z KAŻDEGO kraju odpłynąć. Kapitał INWESTYCYJNY – nie.

Pozostając na północy: w Danii jest bardzo elastyczny rynek pracy połączony z siatką zabezpieczeń socjalnych – tzw. system flexicurity. W Polsce mamy flexi- bez – curity.

Jeżeli firmy widzą w Polsce rynek zbytu, miejsce do inwestowania – nie uciekną stąd tak łatwo. Po drugie – jeżeli uciekną, ktoś zajmie ich miejsce. W końcu to ma być wolny rynek, n’est pas?

Nie jestem pewien, czy jestem w stanie przekonać zwolenników Petru, który oferuje pozornie proste rozwiązania. Chce podnieść podatki najbiedniejszym (ile wynosi dziś VAT na podstawowe produkty spożywcze?), powiększyć dziurę we wpływach CIT i nikt go nie pyta, skąd weźmie pieniądze na utrzymanie państwa.

A ja jako przedstawiciel klasy średniej, zarabiający w okolicach średniej krajowej chciałbym jednak korzystać z dobrej służby zdrowia. Chciałbym jeździć dobrą komunikacją miejską. Chciałbym nie musieć wydawać horrendalnych pieniędzy na wynajem klitki.

Bo wszystkie te pomysły: prywatna służba zdrowia, poruszanie się głównie własnym autem, niskie podatki już widziałem. W Azji. I wierzcie mi – przy całej mojej sympatii dla Wschodu – chciałbym jednak mieszkać w Europie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *