Przegramy

Było tylko kwestią czasu, kiedy Gazeta Wyborcza i ta część opinii publicznej, którą prawicowcy nazywają w skrócie Salonem zacznie powoli podrzynać sobie gardło. Zaczęli z wysokiego C cyklem „Czas na Rzeczpospolitą demokratów”. W cyklu tym, czasami ciekawie, krótkie wypracowanka publikują osoby publiczne, w tym ludzie kultury. Dzisiaj obok tekstu Weroniki Szczawińskiej, który był jednym z najbardziej przytomnych, pojawiły się wynurzenia Wojciecha Kuczoka.

Pisarz powiada tak:

Ja siebie zaś zapytuję: kimże są owi Polacy, którzy mocą większości głosów zgotowali nam cały ten bajzel? (…) Statystyczny Polak czyta jedną książkę na rok, za to wypija pięćdziesiąt półlitrowych flaszek wódki rocznie. A zatem, zakładając, że od statystycznego do przeciętnego obywatela droga nie tak daleka, nie należy w Polsce oczekiwać jakiejś szczególnie rozwiniętej świadomości obywatelskiej. Gnuśność elit i samozadowolenie polityków doprowadziły naród do niedożywienia duchowego. (…) PiS do nieuków dotarł najkrótszą drogą – obiecując po pięć stów miesięcznie na nową flaszkę w nagrodę za osiągnięcia prokreacyjne.

Nie chcę być niemiły, ale temu, co napisał Kuczok należałoby nadać tytuł jego najbardziej chyba znanej książki: gnój.
Jest tu niby troska, niby krytyka elit, ale w gruncie rzeczy to takie samo pierdololo, jakie uprawiały od początku lat 90. solidarnościowe elity. To stara śpiewka o niedojrzałym społeczeństwie, które nie wie, co robi.
Zamiast rzeczywiście zastanowić się, dlaczego ludzie, którzy skądinąd w sondażach jawią się jako nie tak konserwatywni i wściekli, a raczej zmęczeni i zawiedzeni tak głosują, wolimy obrażać. Z inteligencką swadą stwierdzić: „dali pięć stów na wódę, tego nie przebijemy”. A może te pięć stów nie jest na wódę? Może jest na leki, ubrania, wyjazd na zieloną szkołę? Może jest na czynsz? A może w ogóle, jak ja na przykład sądzę, nie chodzi o te pięć stów? Może chodzi o brak poczucia perspektyw i brak poczucia godności? Może i faktycznie Polacy nie chcą demokracji, bo kojarzy im się z pouczającym ich (nas) kolejnym dziadem: czy to pisarz, filmowiec, premier, prezydent miasta czy jakiś profesor. A przecież dobrze wiemy, że za żadnej władzy nie trafiliśmy do raju. Po co więc elity udają, że tam jesteśmy? Po co ta pedagogika wstydu: wy pijaki i analfabeci dzieciaki robicie dla kasy?
Dlaczego w Polsce mamy do czynienia z jakimś wiecznym powrotem? Dlaczego musimy ciągle oglądać jakieś smutne farsy? Czemu mamy wybór między dżumą a cholerą? Czy w następnych wyborach o pierwsze miejsce rywalizować będą ze sobą Kaczyński i Petru?

Chyba właśnie dlatego, że przedstawiciele elity, zwłaszcza ci krytykujący podział na „my” i „oni” tak bardzo lubią podział na „my” i „oni”. My – to elity. Oni – to „zwykli Polacy”. Niby się lubimy, ale tak naprawdę nie jest nam ze sobą wygodnie. Tyle, że nie potrafimy się do tego przyznać.

Myślę, że jakąś receptą na bolączki naszej wspólnoty byłoby odwrócenie hasła prezydenta-dłużnika Komorowskiego (czekamy ciągle na zwrot 80 milionów za bezsensowne referendum): niezgoda buduje. Lubimy bowiem zamiatać konflikt pod dywan. Obracamy się w środowiskach ludzi sobie podobnych. A fragmentaryzacja rzeczywistości bardzo nam to ułatwia.

Co zatem możemy zrobić? Myślę, że co najmniej nie utwierdzać się w samozadowoleniu. To byłoby już naprawdę dużo.

2 komentarze/y

  1. Ukradł mi Pan temat! Właśnie siadałem, żeby opisać wytwór pana K. W zasadzie jestem Mu wdzięczny. Uświadomił mi, że środowisko tego pana to ćwierćinteligenci z awansu. Dyskusja z nimi jest praktycznie niemożliwa. Próbuję sobie wyobrazić, jak opisałby to towarzystwo Żorż Poniemirski lub Józef Szwejk. Czerpiąc inspirację z obu tych panów nazwałbym literata K.
    „wice-bydlakiem”.
    Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *