Prawdziwy Komitet Obrony Demokracji

Wśród warszawskich pracowników instytucji kultury, przedstawicieli wolnych zawodów i sporej części tego tłumku, który zapełnia coraz liczniejsze warszawskie knajpy, słowem, w otoczeniu, z którym mam do czynienia najwięcej można usłyszeć sporo wielkich słów. Słyszałem w związku ze sprawą Trybunału Konstytucyjnego o upadku państwa, o państwie policyjnym i o państwie totalitarnym. Szczególnie to ostatnie jest dla mnie ciekawe w ustach ludzi, którzy krytykują korwinistów za nieprawidłowe użycie słowa „socjalizm”. Rzeczywiście za chwilę zabraknie nam skali dla nazywania pewnych zjawisk.

Nawet ten bezprecedensowy w III RP zamach na niezależną instytucję, nawet jeśli stanowi wstęp do groźnych działań wymierzonych w opozycję, trudno porównać do reżimu, który panował w Polsce w latach, powiedzmy, 1949 – 1956. Ba, wypada blado nawet przy niektórych latach II RP.

Nie piszę tego po to, by bagatelizować sytuację. Bo uważam, że jest bardzo poważna. Nie zgadzam się, że mamy do czynienia głównie ze środowiskową paniką. Atak na reguły, według których wszyscy powinniśmy grać jest w demokracji liberalnej groźny. A z tak ostrymi zagrywkami, jak te w wykonaniu partii Beaty Szydło jeszcze nie mieliśmy do czynienia. Problem jednak w tym, że system demokratyczny nie może funkcjonować, jeżeli ogranicza się do głosowania raz na jakiś czas i pracy pochodzących z wyboru parlamentarzystów.

System demokratyczny musi pozwalać artykułować społeczne interesy i rozwiązywać konflikty grupowe wewnątrz instytucji działających w oparciu o ogólnie przyjęte reguły. Żeby robić to skutecznie musi być zatem inkluzywny. Tymczasem z publicznej artykulacji wykluczane były kolejne głosy. Oczywiście, nigdy nie mamy do czynienia z równą reprezentacją wszystkich poglądów w debacie publicznej. Jednak retoryczny reżim został w pierwszych latach III RP zaostrzony bardzo szybko.

Bez realnego mechanizmu uczestnictwa w demokracji, obywatelskość stała się pustym słowem, które wykorzystywane było do pozyskiwania unijnych pieniędzy. Dlatego obywatelskość została znielubiana. Weźmy taką sytuację. Mówi się nam, obywatelom, że mamy uczestniczyć, interesować się i organizować. A potem wynajmuje klaunów, by zajmując miejsca dla publiczności uniemożliwić obywatelom obserwowanie obrad rady miasta. A potem mówi się nam, że stołówki są „obiektywnie nierentowne”, więc muszą być zlikwidowane. Albo mówi się, żeby nie brać udziału w referendum. Jaki jest tego rezultat? Ośmiesza się te procedury, które mają służyć uczestnictwu jak najszerszego spektrum poglądów w debacie. Rezultat? Niemy gniew. Kolejne ekipy traktowały państwo jako zdobyczne terytorium, które trzeba obsadzić swoimi ludźmi. Nie zajmowały się przy tym kreowaniem polityki: kurs był z grubsza podobny. Jedyne, co różni PiS od poprzednich ekip, to ostentacja działań.

A ta ostentacja jest możliwa, ponieważ to ta partia uważa się za przedstawicieli pokrzywdzonych. I teraz, gdy niemy gniew został przekuty, przynajmniej częściowo, w wynik wyborczy, słyszymy właśnie te wielkie słowa. Powstaje Komitet Obrony Demokracji, którego celem jest obrona demokratycznych procedur w Polsce. Bardzo mnie to cieszy. Mam dwie propozycje rozszerzenia działalności, które mogą długoterminowo poprawić sytuację w Polsce.

Po pierwsze, rozszerzenie działań o prawa pracownicze. Tak, jak szacunku dla pieniędzy uczy się dziecko przez naukę oszczędzania małych kwot (ja akurat jestem w tym słaby), tak samo szacunek dla reguł musi być wpajany przez ich działanie w drobnych sprawach: działalności urzędów chociażby. Państwo wycofało się całkiem z obrony praw pracowników (bezzębna Inspekcja Pracy, publiczne instytucje zatrudniające na niekodeksowe umowy, powszechność samozatrudnienia) i wciąż nie zamierza dać osobom na umowach cywilnoprawnych prawa do zrzeszania w związkach zawodowych, co nakazuje nam Międzynarodowa Organizacja Pracy. Powinniśmy egzekwować od rządu wprowadzenie odpowiednich przepisów.

Po drugie, wykreślenie z Kodeksu Karnego artykułu 212. Przez osiem lat rządów liberalnej Platformy Obywatelskiej nie kiwnięto palcem, by ten szkodliwy, ograniczający wolność słowa przepis zmienić. Artykuł 212 jest krytykowany od lat przez środowisko dziennikarzy oraz obrońców praw człowieka. I choć rusza kolejna już kampania w tej sprawie, w praktyce przepis jest zbyt wygodny dla polityków – na szczeblu krajowym i lokalnym. Kto przy zdrowych zmysłach dobrowolnie zrezygnuje ze wspaniałej możliwości posłużenia się państwowym aparatem w prywatnej sprawie? Sławomir „Lolo Pindolo” Nowak jest tylko jednym z przykładów.

Było milion okazji, by coś zrobić zwłaszcza w tej drugiej, łatwiejszej, sprawie. Tymczasem przez „25 lat wolności” nie stało się z tym artykułem nic. Jeżeli środowiska tak przywiązane do abstrakcyjnej wolności miały gdzieś jej wzmacnianie, to dlaczego środowiska, dla których głównym celem jest wzmocnienie narodowej wspólnoty (tak, jak oni ją rozumieją) miałyby się tym przejmować? Co więcej, jeżeli przez tyle lat dziennikarze nie potrafią przeprowadzić korzystnej dla siebie zmiany, to czemu jakakolwiek władza miałaby się z nimi liczyć?

Zadaję te pytania nie po to, by wytykać KOD historyczny kicz albo wyśmiewać wielkomiejską elitkę. Uważam, że nie należy tego ruchu lekceważyć. Nowe polskie mieszczaństwo nie jest, co prawda najbardziej długowzroczną grupą na świecie, ale można chociaż spróbować pokazać, jak w praktyce można wzmacniać demokrację. Jeżeli to się nie uda – cóż, pozostaje liczyć, że kraj przetrzyma zarówno rewolucyjnych konserwatystów, jak i „nowoczesnych” maniaków prywatyzacji wszystkiego.

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *