Upupianie przy stoliku

Ostatnia rzecz, którą napisałem dotyczyła upupiania. Potraktowałem sprawę skrótowo, a tymczasem upupianie jest centralnym problemem polskiej polityki. Stosunek do, jak to określił Boris Buden, „zakładania przeciwnikom pieluch” jest być może kwestią centralną dla publicznego dyskursu.

Cofnijmy się najpierw do szalonych lat 90. To czas handlu ze szczęk, nagłego ataku towarów z Zachodu i ze Wschodu, złota epoka KPN-u, okres, w którym Paweł Kukiz święcił tryumfy jako lider zespołu Piersi. To także początek podziału władzy w obozie opozycji demokratycznej. Kiedy wspólny wróg leżał na deskach, zwycięzcy zaczęli kłócić się między sobą. Nie tyle o meritum: czy PZPR dobić i odebrać mu majątek, ale przede wszystkim o wpływy.

W latach 90. ustaliła się hegemonia środowiska Gazety Wyborczej. Osłaniając reformy, środowisko to wypychało z głównego nurtu dziennikarzy, intelektualistów i polityków, którzy nie podzielali jego optymistycznej wizji. Ponieważ miejsce lewicy zajęli spadkobiercy PZPR, spora część krytyków, która mogłaby znaleźć się w partii socjaldemokratycznej, trafiła na prawicę. Spora część „oszołomów” została w gruncie rzeczy wepchnięta w krąg prawicowych mediów i polityki, ponieważ nie mieścili się w spektrum Wyborczej.

Można kolejny raz powtórzyć za Davidem Ostem, że solidarnościowe elity poniosły klęskę. Mając potężną legitymację społeczną, przeciwnika politycznego, który chciał się do nich zbliżyć (co jest dość dobrze opisane w dwóch książkach Roberta Krasowskiego) zbudowały mechanizm polityczny niezdolny do łagodzenia naturalnych napięć społecznych. Udało im się natomiast podzielić na dwa wrogie obozy, niezdolne do dialogu i kompromisu.

Winne jest tu upupianie, zakładanie pieluch. Lekceważenie krytyki, wygodne ustawianie sobie przeciwnika, argumenty personalne – to wszystko było w repertuarze zwycięskich solidarnościowych elit spod znaku Unii Wolności. Ponieważ ta strategia działała, bo przesunięcie sporu z „co masz do powiedzenia” na „kim ty jesteś” okazało się nadzwyczaj skuteczne, zatruła całą sferę publiczną. Odpowiedzią na epitety „oszołoma”, „homo sovieticus”, „roszczeniowca” itd. mogły być tylko epitety. I tak po tym, jak SLD zostało pogrążone aferą Rywina, w dużej mierze siłami koncernu medialnego, którego afera ta dotyczyła, skończyliśmy z duopolem PO-PiS.

W tym populistycznym duopolu, obie siły były nauczone, że budowanie tożsamości plemiennej sprawdza się w polityce lepiej, niż próba wprowadzenia w czyn swoich idei. Kiedy więc PiS zaczął przekraczać granice przyzwoitości, otwarcie zagarniając urzędy i paraliżując procedury, odpowiedzią było zwarcie plemiennych szeregów drugiego obozu.

Polska sfera publiczna najwyraźniej nie zna innego sposobu reagowania na kryzysy. Jeżeli nawet w mediach niemainstreamowych (Dziennik Opinii czyta kilkanaście, może dwadzieścia kilka tysięcy osób) jest tak mało miejsca na refleksję, jaki proces doprowadził nas do miejsca, w którym jesteśmy, to coś nie działa.

Lewicowi piewcy strategii „KOD albo śmierć” ignorują zupełnie potrzebę tej refleksji. Zbywają milczeniem pytanie, o to, co dalej? Nie mają odpowiedzi na to, jak spróbować zmienić sytuację, w której liberalizm obyczajowy połączony został z ideą wolnego wyzysku pracowników. „To nie są sprawy na teraz”, słyszymy.

Zaprzęganie do tej dyskusji terminów z Laclau, Żiżka czy Lacana, co robią obie strony, wydaje mi się niepotrzebne. Pytania są bowiem w gruncie rzeczy proste. Nie dotyczą tego, czy w tym momencie lepiej działa na ludzi hasło „demokracja”, niż hasło „równość”, ale tego, co CHCEMY, BY SIĘ STAŁO. A ja na przykład chcę bardziej sprawiedliwego i otwartego państwa. Krytycy mówią, że „to nierozsądne”. Być może. Ale czy w pluralistycznym społeczeństwie istnieje miejsce tylko na jeden sposób wyrażania sprzeciwu?

W dyskusji lewicowego planktonu na ten temat ostatni głos należy do Kingi Dunin, która napisała, że nie rozumie „czemu niechęć do pisowskiej wizji Polski traktowana jest jako jednoznaczna z poparciem liberałów gospodarczych przeciwko prawdziwej lewicy”. Jest to dla mnie koronny dowód na wszechobecność upupiania, bo tak nieuczciwe postawienie sprawy świadczy, że przyzwyczajeni do plemiennych sporów publicyści po prostu nie chcą zrozumieć. Zaczynam sądzić, że coś takiego, jak „salon” istnieje i upośledza zdolność do czytania ze zrozumieniem.

Spróbuję więc jeszcze raz, mam nadzieję ostatni. To nie „niechęć do pisowskiej wizji polski” jest jednoznaczna z poparciem liberałów gospodarczych. To poparcie liberałów gospodarczych, którzy na wiecach KOD-u zajmują eksponowane miejsce i z którymi sympatyzuje Mateusz Kijowski jest jednoznaczne z poparciem liberałów gospodarczych.

A czemu lewica nie chce popierać liberałów gospodarczych? Bo jest lewicą, czyli chce więcej wolności, nie zaś nierówności, które korzystanie ze swoich praw większości ludzi utrudniają bądź uniemożliwiają.

Razem wybrało strategię nieprzyłączania się oficjalnie do KOD-u: ruch społeczny to jedno, partia drugie. Nikt natomiast nie broni osobom publicznym, jakimi są Agata Bielik-Robson, Cezary Michalski, Sławomir Sierakowski czy Kinga Dunin na marszach Komitetu upominać się o bardziej socjalną twarz naszej demokracji. Ja na razie o czymś takim nie słyszałem.

Wydaje mi się, że w szerszej perspektywie spór dotyczy właśnie stosunku do upupiania przeciwnika. Na marszach KOD pojawiają się coraz ciekawsze epitety (w tym cudownie ksenofobiczne: PiSis i PiSlam), które są odpowiedzią na epitety padające ze strony PiS (gorszy sort itd.). Żadna ze stron nie jest zainteresowana dyskusjami o wartości wprowadzanych rozwiązań, ani dialogiem.

Wydaje mi się, że Razem, które potrafi pochwalić PiS za konkretne rozwiązanie, przypomnieć grzechy poprzedniej władzy, która miała być rzekomo gwarantem liberalnego minimum, obrywa najmocniej, ponieważ chce zmienić grę, wywrócić stolik, jak to ujął Jan Sowa. A najwyraźniej według niektórych, to stolik jest najważniejszy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *