Równe „Znaki równości”

Znaki równości to bardzo ciekawa propozycja, jak praktycznie badać „pochód pojęć przez wieki”. Dzieło to mogłoby z powodzeniem pochłonąć autora i zająć wiele tomów, które pozostałyby pewnie na zawsze ukochanym skarbem co bardziej szalonych humanistów. Zamiast wyczerpującej wyprawy, autor proponuje nam jednak na szczęście pouczający spacer.

Michał Kozłowski napisał bardzo interesującą książkę. Z rewolucyjnej triady zdecydowanie najlepszego opracowania doczekała się „wolność”, kosztem równości i braterstwa. Tym bardziej cieszy mnie ta książka.
Autor zastrzega się wielokrotnie, że nie jest to praca z zakresu historii idei. Zastrzeżenie to jest najwyraźniej skierowane do akademików, którzy są przyzwyczajeni do pewnych kanonów i nie przepadają być może za składaniem klocków na nowo. Tymczasem przeczytanie zarówno autorów z humanistycznego panteonu, jak i prac mniej uznanych pod kątem jednej wartości wydaje mi się bardzo ciekawym ćwiczeniem z wyobraźni filozoficznej. Sam nie jestem filozofem, czuję się więc zwolniony z profesjonalnego oceniania książki pod tym kątem.
Znakom równości mniej lub bardziej jawnie patronuje dwóch Francuzów. Do Michela Foucault, którego metoda, jak mi się wydaje, nadała temu  badaniu dyskursu równościowego (sądzę, że taki opis przedmiotu badań jest uzasadniony) kształt, powrócę za chwilę. Chciałbym poświęcić chwilę na aspekt, który może wydać się poboczny. Mnie jednak wpływ Luca Boltanskiego na książkę Kozłowskiego wydaje się dość istotny.
Ten francuski socjolog nie może się wciąż doczekać przekładu na polski swoich najważniejszych dzieł. Uczeń Pierre’ a Bourdieu jest dobrze znany części profesorów socjologii, niemniej jego recepcja jest mocno ograniczona. Wizyty Boltanskiego w Polsce niewiele ten stan zmieniły. Na nieszczęście pisma naukowe są umiarkowanie zainteresowane wypełnianiem swojej funkcji, jaką jest także wprowadzanie nowych autorów do polskiego obiegu naukowego. To jednak temat dla osób, które w przeciwieństwie do mnie postanowiły zmagać się z piekiełkiem polskiego życia akademickiego.
Według najprostszej definicji ekonomia jest nauką o racjonalnym gospodarowaniu ograniczonymi zasobami. Jedną z zasług Luca Boltanskiego dla teorii socjologicznej jest konsekwentne zastosowanie tej zasady do całego życia społecznego. Przy takim rozciągnięciu zasady optymalizacji korzyści, nie dotyczy ona już tylko pieniędzy czy towarów, ale także wiedzy, uznania itd. Takie ujęcie teorii Boltanskiego sugerowałoby ciągłość między jego podejściem, a teorią jego nauczyciela – Pierre’a Bourdieu. Trudno nie dostrzec inspiracji opisem społecznej gry różnymi rodzajami kapitału. Niemniej jednak, o ile punktem wyjścia dla Bourdieu jest pokazanie struktur dominacji, o tyle Boltanski zdaje się znacznie bardziej skupiać na społecznym wytwarzaniu przenikających się hierarchii. Innymi słowy punktem wyjścia jest tu absolutna równość podmiotów.
Boltanski kładzie nacisk na to, że nierówność wytwarza się w każdym momencie. To wytwarzanie nierówności, ciągłe odtwarzanie hierarchii stanowi znaczącą treść społecznej działalności. Cel tej działalności jest jeden: uniknięcie bezpośredniej przemocy. Bezpośrednia przemoc na dłuższą metę nie działa, bo jej natura jest doskonale widoczna. Dominacja potrzebuje uzasadnienia, odwołania do sprawiedliwości. U Boltanskiego gra równości i nierówności jest opisana właśnie jako stosunek ekonomiczny: czym strona silniejsza płaci słabszej za podporządkowanie.

Wydaje mi się, że ten sposób myślenia przewija się przez Znaki równości. Ten sposób pozwala autorowi na ciekawe ujęcie teorii znakomicie znanych i zaproponowanie ciekawego odczytania dzieł z tradycji filozoficznej. Jednocześnie Kozłowski zderza je z przykładami, które pozornie należą do innego porządku. To wszystko tworzy świeżą i bardzo interesującą całość.

Dla mnie lektura tej książki była bardzo przyjemna. Jeśli coś mi nie odpowiada, to zastrzeżenia autora, który dla zabezpieczenia się od strony akademickiej zbytnio podkreśla zawężenie swojego pola badań.

Wypada żałować, że w wydawnictwie nie znalazł się redaktor, który mógłby zaproponować w pewnych momentach podejście bardziej, hmm, popularnonaukowe. Trochę bardziej anglosaski styl, mam wrażenie, wyszedłby Znakom równości na dobre.

Podejrzewam, że gdyby ta książka była napisana po angielsku albo francusku właśnie zaczynałaby robić międzynarodową furorę. Mam nadzieję, że w naszym prowincjonalnym, systematycznie podgryzanym naukowym światku przynajmniej nie zginie bez echa.

Jeżeli ktoś liczył, że w niniejszym krótkim tekściku znajdzie się rekonstrukcja treści książki musiał się srodze zawieść. Taki ktoś musi sięgnąć po Znaki równości, które serdecznie polecam, bo jest to lektura odświeżająca.

***

Michał Kozłowski

Znaki równości. O społecznym konstruowaniu stosunków egalitarnych

Wyd. Naukowe Scholar 2016

225 s.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *