Trzech braci

Ci, którzy nie chcieli widzieć żadnej patologii, doprowadzili do władzy tych, którzy widzieli same patologie.

Robert Krasowski

Po południu to książka, która sprawiła, że na kolejne eseje polityczne Roberta Krasowskiego czekałem, jak kiedyś dzieciaki na kolejne tomy Harry’ego Pottera. Chociaż Czas gniewu pokazał wyraźnie, że przyjęta przez autora logika jest trochę dziurawa i nie radzi sobie z opisem zmian społecznych nastrojów, nadal sądzę, że trylogia, której ostatni tom – Czas Kaczyńskiego – właśnie się ukazał , powinna być lekturą obowiązkową.

Dlaczego uważam te trzy eseje za tak ważne? Pomimo zaprezentowania wąskiej wizji polityki, z którą się nie zgadzam, odczarowanie tej sfery uważam za potrzebne, jak chyba nigdy dotąd. Nie jestem tak radykalny, jak Krasowski, który wyznaje w wywiadzie: „nie wierzę w politykę”. Niemniej brak podstawowej obserwacji: że polityka partyjna jest polem gry, odczuwam boleśnie. Opisy rozgrywek między partiami są przesączone esencjalizmem, co prowadzi do bezpłodnych intelektualnie naparzanek. Dobrym przykładem jest amatorska psychoanaliza, jaką na Jarosławie Kaczyńskim przeprowadziła Magdalena Środa. Wolę jednak wizję Krasowskiego, która choć nie pozbawiona wad (o których dalej), nie zatrzymuje się na poziomie osobistych obsesji, ale pokazuje okoliczności, w jakich wizja jednego człowieka bądź grupy może wyznaczać drogę kolektywnym działaniom. Innymi słowy – jak przekształcają się w politykę.

Jest jeszcze coś: książki Krasowskiego pokazują dobitnie, że pisanie historii to niełatwa sprawa. W rzeczywistych wydarzeniach jest bowiem mnóstwo przypadku i wiele szumu. Wypada się zgodzić, że pisanie opowieści wymaga dystansu. Z drugiej strony, potrzebne jest spora dawka odporności na politykę bieżącą.

Głównym bohaterem eseju sprzed czterech już chyba lat – Po południu – jest Wałęsa przedstawiony jako jedyny gracz, jedyna osoba, która zrozumiała, że nie „zgoda buduje”, ale że to raczej konflikt jest istotą parlamentaryzmu. W końcu dopuszczenie do władzy reprezentacji ludu, to sposób, by uzgadniać interesy w sposób, który konflikt wartości i interesów przenosi do przestrzeni obwarowanej przepisami. Jest to sposób radzenia sobie z wewnętrznymi napięciami, jakie istnieją w każdym społeczeństwie. W momencie, gdy książka się ukazała prezydent-elektryk był na głębokiej emeryturze. Nikt się nim specjalnie nie interesował. Jego gloryfikacja nie była więc wynikiem napisania ładnej historii o tym, jak to wszyscy, poza Kaczyńskim się zgadzają. Ale w laurce, którą Wałęsie wystawia Krasowski było pęknięcie: granie z regułami, z prawem, naginanie niewygodnych przepisów zostało usprawiedliwione faktem, że prezydent nie miał zapędów dyktatorskich. Nie miał zapędów dyktatorskich, ale w budowaniu powagi urzędu też nie pomógł.

Niemniej Krasowski czyni tu po raz pierwszy obserwację, która istotna jest także w ostatniej części trylogii: nasz system polityczny – zarówno funkcjonujący we wczesnych latach 90., jak i usankcjonowany Konstytucją z 1997 roku, skupia się na dzieleniu władzy. Skuteczność zależy od sprzyjających okoliczności, narzędzia do sprawowania władzy ma bowiem polska egzekutywa porozrzucane po całym garażu i musi toczyć o nie ciągłe spory. To jest fundamentalna krytyka tego, czego tak bezkrytycznie broni Mateusz Kijowski.

Z drugiej strony, można się zastanawiać, czy to nie fakt, że władza była słaba i rozproszona, że funkcjonowało tyle partyjek i koterii paradoksalnie uchronił nas od modelu wschodniego? Może trudno było stworzyć prawdziwą oligarchię, bo władza nie była dość stabilna, by ukraść dostatecznie dużo albo zapewnić lgnącemu do niej biznesowi dostateczną ochronę. Jestem ciekaw, ile w tej tezie prawdy.

Zostawiając na boku tę dygresję, ważne jest odnotowanie następującego wniosku, który płynie z lektury wszystkich trzech książek: politycy zaprojektowali kiepski system, wiedzeni troską o swój własny polityczny byt. Następnie, gdy okazał się on dysfunkcyjny, zamiast próbować doprowadzić do jego zmiany, podskórnymi ruchami ciągle na nowo go poluzowywali i psuli. Robił tak Wałęsa, robił Kaczyński, robił Tusk. Miller nie musiał.

To jest rzecz przez Krasowskiego opisana dobitnie. Natomiast nie dotyka on, na czym jego książki ogromnie tracą, społecznych skutków tego bezwładu. Nie bierze pod uwagę źródła społecznych emocji. Potrafi nazwać niektóre ich efekty, ale nie potrafi zrozumieć zmian, które wstrząsają establishmentem za sprawą elektoratu. Mam czasami wrażenie, że Krasowski nie wierzy w rzeczywistość. Tak, jakby realne warunki bytowe, bieda, frustracja i niepewność nic nie znaczyły. Zauważa je dopiero, kiedy wybuchają protesty, ponieważ któraś z pokrzywdzonych grup na chwilę podnosi głowę. Taka optyka sprawia, że Krasowski może przemknąć nad faktem wykorzystania przez PiS haseł socjalnych. Zamiast dostrzec, że dość cynicznie wykorzystał on realną społeczną potrzebę, realną nadzieję na polepszenie warunków życia, zbywa to jako „socjalny populizm”. I tyle.

Drugą stroną tego medalu jest jednak znakomite wyczucie, jakie publicysta prezentuje wobec wirtualnej rzeczywistości polityki parlamentarnej. Gry między liderami, dyscyplinowanie własnych szeregów – to Robert Krasowski opisuje po mistrzowsku. Czas Kaczyńskiego jest zdecydowanie popisem eseisty. Trudno nie dać się uwieść jego wizji również dlatego, że zwykłemu czytelnikowi poprawia samopoczucie. W końcu jako członek społeczeństwa, a nie elity, bezlitośnie obnażone przez Krasowskiego braki głównych bohaterów (Tusk – tchórzliwy asekurant, okrutny wobec przeciwników, Jarosław – zuchwały śmiałek gotowy przekraczać wszelkie granice, Lech Kaczyński – zagubiony intelektualista z nienasyconym głodem szacunku) na pewno nas nie dotyczą. A przynajmniej bardzo wygodnie jest w tę iluzję uwierzyć.

Chociaż więc autor odżegnuje się od bliskiego mi pojęcia polityczności, jako czegoś, co przenika wszystkie w zasadzie nasze decyzje, czegoś, co nie da się wydzielić ze społeczeństwa i zamknąć w małej bańce parlamentaryzmu, ja także czytam go chętnie. Chociaż takich określeń, jak „elity” używa w sposób nieostry i niejasny – swoimi śmiałymi szarżami przeciera szlak poważnym badaczom, którzy, mam nadzieję będą się tłumnie garnąć do weryfikowania tez Krasowskiego z pomocą odpowiedniej metodologii.

Dla Krasowskiego polityka to nieustanny konflikt o władzę i gra, z której trzeba wyeliminować rywali. Nie ma tu w zasadzie miejsca na ideologie czy długofalowe cele. Jeżeli politycy posługują się nimi, to tylko, jako wehikułami, które mają ich dowieść na szczyt. Albo – jak w wypadku głównych bohaterów Czasu Kaczyńskiego – Donalda Tuska i Jarosława Kaczyńskiego – do bezpiecznej twierdzy własnej partii.

Robert Krasowski przypomina nam o tym, że liderzy partii, które wciąż sprawują rząd dusz nad większością Polaków, pod koniec rządów SLD chcieli jedynie utrzymać się w grze. Chcieli mieć swoje „małe sklepiki”. Nie planowali ekspansji, chcieli mieć tylko, co do garnka włożyć. Zmęczenie aferami, zawiedzione przez SLD nadzieje nagle postawiły ich przed szansą, której się nie spodziewali. I to jest moment, który definiuje polską politykę od dekady z okładem. Od czasu pokonania SLD, liderzy obu prawic wiedzieli, że przetrwać może tylko jeden. Walcząc o to przetrwanie, niechcący uruchomili polityczne perpetuum mobile.

Rozpad POPiS-u porównać można do rozszczepienia atomu. Niegroźna, przewidywalna cząsteczka wody, kiedy ją podzielić, wyzwala niezwykłą energię. Walka między dwoma prawicowymi, podobnie liberalnymi gospodarczo i konserwatywnymi obyczajowo partiami trwa już 11 lat. W tym czasie elektoraty obu partii uwierzyły, że druga strona to wcielone zło.

Strona Kaczyńskiego zaczęła wierzyć, że układ to Platforma. Chociaż takiego układu, jak sobie wyobrażają zwolennicy PiS nie było i nie ma. Jest to wizja z bajki, że wystarczy zabić rządzącego nieszczęśliwą krainą smoka, by drzewa same się znów zazieleniły, a kwiaty zakwitły. Ale to ta wizja sprawia, że każde psucie państwa na drodze do tego celu jest usprawiedliwione.

Z kolei drużyna Tuska zaczęła wierzyć, że PiS to wyłącznie fanatycy, których postępowanie jest od początku do końca irracjonalne. Oni z kolei gotowi byli rozmontowywać zabezpieczenia społeczne, wprowadzać ciche zmiany w imię świętego spokoju. Tusk, pisze Krasowski, bojąc się upadku, od razu się położył. Gdyby nie jechał cały czas na strachu przed Jarosławem Kaczyńskim, strachu, który miał wielkie oczy, ale który karmiony przez dekadę przez prawicowych polityków, którzy znaleźli przeciwnika jeszcze dalej na prawo i sprzyjających im dziennikarzy, w końcu wymknął im się spod kontroli.

W tym sensie można też mówić o Tusku jako o trzecim Kaczyńskim. Był obu braciom bliski ideowo. Co więcej, diagnozy i metody zbliżały go do nich jeszcze bardziej. W końcu to Donald Tusk, wierząc, że Lepper naprawdę zagraża demokracji, niejako zmusił Kaczyńskiego do koalicji z nim. A później równie bezwzględnie, jak Jarosław Kaczyński potrafił potraktować rywali.

Krasowski nie wymienia w tym tomie z nazwy Gazety Wyborczej, ale genezę paranoicznej sytuacji wojny dwóch prawic nietrudno dostrzec w  sposobie korzystania przez środowisko Michnika z ogromnego kapitału społecznego. Każdy krytyk transformacji, wszyscy przeciwnicy, zostali wypchnięci jako oszołomy, na prawicę. Po lewej bowiem było tylko SLD, a nie każdy miał ochotę iść do łóżka z Millerem i Kwaśniewskim. A prawa strona przygarniała łatwo. I tak część socjaldemokratów, chadeków albo zgoła socjalistów znalazło się nagle w środowiskach prawicowych. Część z nich się dostosowała. Niemniej to te ruchy osłabiły środek, a w dalszej perspektywie poważnie ograniczyły możliwość budowania wspólnej przestrzeni dialogu.

Jak trzeźwo zauważa Krasowski w jednym z najważniejszych fragmentów książki:

„Kiedy jesienią 2005 roku obóz Kaczyńskiego wygrał podwójne wybory, nie tylko on miał poczucie, że historia przyznała mu rację. Liryczny obraz polskich zmian został tak mocno skompromitowany, że demoniczny zyskał status dowiedzionej diagnozy. Gdyby polskie elity miały więcej rozumu, w obiegu byłyby trzy diagnozy – liryczna, realistyczna i demoniczna. Ale środkowej oferty nie było [wyróżnienie moje – K.T.]. Polska polityka płaciła cenę za podział pracy, który się utarł od początku III RP, w którym jedni zmian bezkrytycznie bronili, drudzy je krytykowali zawzięcie. Zamknięta w prostym schemacie wyobraźnia Polaków z jednej skrajności przejść mogła tylko w drugą. Ci, którzy nie chcieli widzieć żadnej patologii, doprowadzili do władzy tych, którzy widzieli same patologie. [wyróżnienie moje – K. T.]”.

To właśnie dla takich klarownych tez warto Krasowskiego czytać. W takich fragmentach znaleźć też można nie tylko adekwatny, moim zdaniem, obraz przeszłości, ale także prognozę na przyszłość.

Wbrew temu, co sądzi Krasowski, ja wierzę, że polityka nie musi być wyłącznie boiskiem, na którym trwa brutalna, prawie niemożliwa do oglądania kopanina. Wyciągnięcie wniosków z porażek głównych graczy pozwala na nadzieję, że nie musimy wiecznie powracać do tego samego punktu. Paradoksalnie to te rzeczy, które Krasowski traktuje jako przygodne, mam tu na myśli przede wszystkim odwołanie się do postulatów socjalnych, pozwalają zobaczyć, że w społeczeństwie panuje głód prawdziwych rozwiązań.

Jeżeli mieć do Krasowskiego o coś pretensje, to o utwierdzanie stereotypów: pazernych bezideowych polityków i głupiego, wygodnego społeczeństwa. Bo choć przez ostatnią dekadę wygrywały na przemian dwa prawicowe populizmy: jeden bardziej liberalny, drugi bardziej konserwatywny, to wystarczy przyjrzeć się sondażom, w których Polacy wypowiadają się o swoich wartościach i potrzebach, by zorientować się, że POPiS to nie wszystko.

***

Robert Krasowski, Czas Kaczyńskiego. Polityka jako wieczny konflikt, wyd. Czerwone i Czarne, Warszawa 2016

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *