Grupa kolesi albo krótka refleksja o charyzmie bez uśmiechu

Wypowiedź Beaty Mazurek o tym, że Sąd Najwyższy to „grupa kolesi”, faktycznie, jak zauważa w notatce na swoim blogu Edwin Bendyk, jest szczególnie niebezpieczna: „ujawnia charakterystyczny dla PiS (…) sposób myślenia – instytutucje nie istnieją, są tylko ludzie i relacje między nimi”.
Zgoda, że pachnie to filozofią polityczną niedaleką faszyzmowi, ma cechy ruchu, w którym centralną postacią jest Wódz. Wódz obdarzony charyzmą otrzymuje od Narodu (tu wzsystko jest z dużych liter) Misję rządzenia. Potem zaś władza legitymizowana jest bliskością Wodza: on jakby obdziela sobą kolejne osoby.

Jest to coś dokładnie przeciwnego Weberowskiej wizji, w której coraz bardziej stajemy się trybikami biurokratycznych machin, a nasz wpływ zależy od miejsca, jakie zajmujemy w organizacjach.
Mam jednak wrażenie, że znów mamy do czynienia z procesem, który ujawnia się po przejęciu władzy przez PiS z całą mocą: nie było żadnej siły, która naprawdę dbałaby o instytucje. Nigdy na dobre nie zaczęło się tworzenie systemu, wdrażanie rozwiązań i standardów, które służyłyby instytucjonalnej pamięci i uniezależniały (całkiem oczywiście się nie da) choć trochę różne ciała polityczne i publiczne instytucje od osób nimi kierujących. Jedyną taką próbą był być może KSAP. Ale to instytucja zbyt niewielka, której absolwenci w rezultacie są dość losowo porozrzucani po rozmaitych urzędach, by można było mówić o realnej zmianie.

Praktyka instytucjonalna pokazuje raczej coś innego: insytucja to jej szef. Dokładnie, jak w przytoczonym przeze mnie przed chwilą modelu: Wódz, który obdarza charyzmą kolejne osoby. Powstają oczywiście zarządzenia i akty prawne, ponieważ Wolę należy jednak jakoś dopasować do rzeczywistości prawnej. Ale to rzeczy drugorzędne.

Zainteresowanym polecam choćby statuty różnych instytucji kultury. Ich organizator (ministerstwo, województwo, miasto) jest jak drzewo, na którym rosną te instytucjonalne gruszki. Ale dyrektor jest ogonkiem. Bez niego gruszka łatwo może spaść i rozplaskać się na ziemi.
Ba, widać to choćby po tym, jak traktowany jest poseł Mieszkowski w teatrze, którym dyrektoruje – warto poczytać artykuły na ten temat. To samo widać było przy okazji odwołania Bończy-Tomaszewskiego z COI.

Oczywiście, charyzma jest potrzebna także w świecie Weberowskim. Jednak obserwując od kilku już lat polskie instytucje publiczne, trudno mi oprzeć się wrażeniu, że Weber nigdzie nie przyjął się na dobre. Obecna sytuacja wydobywa na jaw te braki, które przez dłuższy czas skrywane były za polityką „ciepłej wody w kranie”. Teraz okazuje się, że gdy od frontu zabraknie sympatycznego uśmiechu, niewiele zostaje.

Nie sądzę, jak Cezary Michalski, że zasadniczo wszystko szło w dobrym kierunku, a teraz zostanie rozwalone. Skłaniam się raczej ku temu, by sądzić, że PiS nie jest przeciwieństwem, ale kwintesencją praktyk pozbawionych jednak tej sympatycznej fasady, do której się przyzwyczailiśmy, dlatego jest dla tak wielu tak trudny do zniesienia.

Mamy więc zamiast charyzmy uśmiechniętej, charyzmę skrzywioną. Ale taka jest kolej rzeczy, gdy, parafrazując Krasowskiego, tych, którzy nie chcą widzieć żadnych patologii, zastępują ci, którzy widzą same patologie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *