Duchologia nie straszy

W jednej ze swoich książek Terry Eagleton pisze, że jesteśmy „zbudowani z przeszłości. Mrowie widmowych przodków czatuje w naszych najzwyklejszych gestach, programując z góry nasze pragnienia i złośliwie sprowadzając nasze działania na manowce”.

Ta inercja przeszłości, fakt, że minione decyzje i zdarzenia mają tendencję do wpływania na teraźniejszość stała się na przestrzeni ostatnich lat przedmiotem kolejnych badań. Ostatnio karierę robi Duchologia polska autorstwa Olgi Drendy. Popularność książki opiera się częściowo na prowadzonej przez autorkę znakomitej fejsbukowej stronie, gdzie zamieszcza ona sporo nostalgicznych lub śmiesznych grafik i widoczków z czasów „wybuchu wolności”. Sięgający po książkę szczęśliwie nie trafi na „fejsa w okładkach”, ale solidną porcję reportażowych impresji z okresu 1987 – 1994. Mimo to, mam z tą pozycją pewien problem.

Zanim nastała Duchologia, sporo szumu narobiły dwie pozycje, które dotykają wpływu przeszłości na nasze „teraz”: Prześniona rewolucja Andrzeja Ledera oraz Fantomowe ciało króla Jana Sowy. Obie książki napisane, co istotne, przez naukowców posługują się narzędziami psychoanalizy, by pokazać, jak dawne wydarzenia odbijają się czkawką współczesnemu społeczeństwu. Zarówno Leder, jak i Sowa diagnozują poważny problem, który określiłbym jako uwiąd zbiorowej woli.

W Fantomowym ciele króla jest on powiązany z nieistnieniem silnego ciała politycznego, z którym mogliby się identyfikować mieszkańcy ziem Rzeczpospolitej. Zarówno szlachta, jak i chłopstwo sprowadzone do roli niewolników działając w strukturze opartej na przemocy opartej na ideologii sarmackiej, której współczesne przejawy śledzi Sowa we współczesnym dyskursie politycznym (moje ulubione „zgoda buduje”), nie miały żadnej szansy na stworzenie wspólnej przestrzeni politycznej.

Prześniona rewolucja opowiada z kolei o tym, jak Zagłada Żydów oraz stalinowskie czystki stworzyły możliwość zrewolucjonizowania feudalnej struktury społecznej. Doświadczenie awansu związane jest z poczuciem winy: „wolne miejsca” na wyższych szczeblach drabiny społecznej pojawiły się dzięki mordom dokonanym rękami okupantów: Niemców i Rosjan. Dlatego też, według Ledera, doświadczenie sukcesu związane jest z lękami i wstydem, który blokuje klasie średniej możliwość jasnej artykulacji swoich interesów.

Obie pozycje zostały poddane krytyce (m.in. o książce Sowy w Nowych Peryferiach pisał Filip Białek), nie będę więc się zajmował szczegółowym rozbiorem wspomnianych wyżej koncepcji. Chcę tylko zauważyć, że czytelnikowi dostępne są dwie solidne pozycje napisane z wykorzystaniem warsztatu naukowego. Pozycje oparte na dość jasno wyartykułowanych tezach, z którymi można podjąć dyskusję.

Z Duchologią polską podjąć taką dyskusję trudno. Książka, której temat określiłbym jako nawarstwienie czasów na przełomie lat 80. i 90. to pozycja ciekawa i zgrabnie napisana. Ludzie i rzeczy w latach transformacji ustrojowej, jak brzmi jej podtytuł, zasłużenie zbiera dobre recenzje. Niemniej uważam, że autorka podjęła dwie mocno ryzykowne decyzje.

Po pierwsze, postawiła na opisy-impresje. Decyzję tę uzasadnia „instynktem samozachowawczym”, który powstrzymał ją od „wplątywania się w jakiekolwiek mitologie nabazgrane na faktycznych wydarzeniach” oraz przywiązaniem do „szkoły badania świata spod znaku mikrohistorii, historii widzianej przez pryzmat sfery prywatnej oraz antropologii codzienności spod znaku Rocha Sulimy” (s. 16). Przyklasnąłbym tej decyzji, ponieważ uważam, że opowieści o transformacji ustrojowej szczególnie potrzebne byłoby uzupełnienie o jakąś „ludową historię przełomu”. Obawiam się jednak, że pominięcie polityki oraz szczątkowe dane na temat kontekstu dyskursów publicznych przełomu lat 80. i 90. sprawiają, że obraz epoki jest mocno niekompletny.

Uprzedzając zastrzeżenia: rozumiem, że pomysł polegał na opisaniu doświadczeń i tych zjawisk, które dzieją się „na dole”: mięsa na chodniku czy pojawienia się kolorowych napojów na półkach szarych sklepów. Jak zrozumiałem ze wstępu, gdzie przed oczami czytelnika defiluje cała parada teoretyków, którzy przyczynili się do stworzenia dziedziny zwanej hauntology („nawiedzeniologia”): Jacques Derrida, Mark Fischer, Julian House i Adam Harper, zamysłem autorki było za pomocą obrazów („słońca nad azbestowym osiedlem albo blokiem typu Lipsk, z którego nagle wyrasta antena satelitarna” – s. 9) zdać sprawę z pęknięć, które pojawiły się w czasie schyłku socjalistycznej utopii. A jednak w kolejnych rozdziałach okazuje się, że impresje wymagają sięgnięcia do kontekstu, bez którego stają się niezrozumiałe. Jednocześnie przyjęta przez Drendę perspektywa i nastawienie na prezentację pamięci „niewyraźnej, widmowej, zmutowanej i zdeformowanej” nie pozwala jej zbudować żadnej szczególnej opowieści.

Jest to książka, jak sądzę, w swoim założeniu przeznaczona dla „zwykłego czytelnika”. I tym chyba tłumaczyć trzeba ucieczkę od pogłębienia rozważań nad estetyką. Jest to jeden z boleśnie odczuwalnych braków: opowiadanie historii przez przedmioty wymaga moim zdaniem odrobinę głębszego wgryzienia się w temat. Jest to praca, która mogłaby bowiem stanowczo wzbogacić rozważania spod znaku rancierowskiej Estetyki jako polityki. Sądzę, że wyobrażony „zwykły czytelnik” i przełknąłby te rozważania równie gładko, jak paradę nazwisk ze wstępu.

W tydzień po lekturze, kiedy piszę te słowa, mam wrażenie, jakbym czytał powtarzające się zdanie: zastałe stare zderza się z żywiołowym nowym. Rozumiem, że metoda reportażowa miała na celu oddanie niepełności pamięci. A jednak wbrew temu założeniu Drenda porządkuje rzeczywistość, oddając głos projektantom i typografom czy sięgając do wspomnień osób podróżujących po Polsce w czasach przełomu. Opowieści te wydobywają strukturę z mgły pamięci, ale zatrzymują się wpół drogi. Wyobrażam sobie, że ewentualne wznowienie tej pozycji za piętnaście lat (serdecznie tego życzę) będzie musiało być okraszone nieznośną ilością przypisów. Natomiast w kilku miejscach, na przykład w rozdziale dotyczącym reklamy, aż prosi się pokazanie, w jaki sposób realia z „okresu duchologii” trwają w teraźniejszości. Akurat w reklamie bowiem niektóre skutki wejścia na nasz rynek graczy światowych są odczuwalne dziś prawie tak samo, jak dwadzieścia lat temu. Nie wspominając o tym, że chętnie przeczytałbym, jak się rzeczy mają w innych dziedzinach, o których mam mniejsze pojęcie.

Po drugie, o rzeczach jest naprawdę dużo. Na tyle dużo, że momentami miałem wrażenie, jakby przytłaczały ludzi. Znów – perspektywa jest zrozumiała, ponieważ to obiekty pożądania stanowiły punkt, do którego ciążyły marzenia obywateli PRL i raczkującej III RP. Jeżeli jednak sięga się po publicystykę socjologów – a Jacka Kurczewskiego i Pawła Śpiewaka jest tu sporo, to wykonanie następnego kroku aż się prosi. Tymczasem obaj panowie pozostają zasadniczo nieskonfrontowani z jakąkolwiek krytyką bądź alternatywnym podejściem, choć wiadomo na przykład, że ich badania w latach 90. były mocno naznaczone ideologicznym przekonaniem o fajności terapii szokowej.

Do powyższych zastrzeżeń, dodałbym jeszcze małą wątpliwość dotyczącą podtytułu. Autorka opisuje okres około siedmiu lat: od 1987 do 1994 roku. Ich arbitralność jest oczywista, niemniej ponieważ Drenda swobodnie poza nie wykracza w kilku miejscach, pokazując dłuższe trwanie niektórych zjawisk, domagają się według mnie bardziej wyczerpującego wyjaśnienia.

Siłą książki jest natomiast z pewnością zdanie sprawy z tego, jak radosny skok na główkę w kapitalizm żywiołowo zmieniał polską przestrzeń. Niemniej skutki, jakie spazmy narodzin Rzeczpospolitej Polskiej z cielska PRL-u wywarły na miliony ludzi pozostają jedynie zarysowane. Mam wrażenie, że programowe unikanie polityki prowadzi do unikania tematów drażliwych w ogóle. A więc niepewność i zagubienie generowane przez terapię szokową jest zasugerowane jedynie przez opis fenomenu telewizyjnych uzdrawiaczy.

Czuję, że kręcę się w tej recenzji w kółko. Być może na tym polega siła tej książki: myli tropy i pozostawia niedosyt. Drenda odtwarzałaby zatem w Duchologii doświadczenie przypominania sobie, wracania do rzeczywistości, która zawsze jest bardziej złożona, niż ludzkie wspomnienia mające nieznośną skłonność do uproszczeń i przekłamań. Takie odczytanie tej pracy pomijałoby jednak dokonany w niej wysiłek wyjaśniania.

Reasumując, Duchologia choć zapewniła sobie miejsce, zupełnie wbrew intencjom autorki, w kanonie transformacyjnych lektur, pozostawia w czytelniku głód. Wydaje mi się, że to głód, który łatwo byłoby zaspokoić, gdyby autorka odcięła się od swojej nostalgicznej fejsbukowej strony i zdecydowała bardziej zbliżyć się do formatu pracy naukowej.

Książka mogłaby wtedy stanowić znakomite uzupełnienie dyskusji zapoczątkowanej przez Ledera i Sowę. Opowiada bowiem o okresie zderzenia politycznych opowieści, czasie zagubienia, w którym ujawniają się skrywane w bardziej stabilnych okresach odruchy wywodzące się ze zbiorowej pamięci. Zdaje się jednak, że trzeba będzie poczekać, aż Maciej Gdula zechce opublikować wyniki swoich badań nad zmianami uniwersum symbolicznego, jakiego dokonała epoka Gierka.

Mimo lekkiego rozdrażnienia, jakie wywołała we mnie Duchologia, zbiór anegdot, kawalkada postaci, ciekawe impresje oraz wybór graficznych fajerwerków sprawiają, że serdecznie polecam tę książkę. Nie tylko na lato.

***

Olga Drenda

Duchologia polska. Rzeczy i ludzie w latach transformacji

Wydawnictwo Karakter 2016, s. 251

Edit: autorkę książki serdecznie przepraszam za przekręcenie nazwiska, usunąłem nadmiarowe „e”.

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *