To samo tylko bardziej. Odc. 4

Chciałem dać szansę sobie na oddech i odpocząć od powtarzania ciągle tego samego: że brnięcie w głupi populizm nie zwiększa specjalnie szans na wyborcze zwycięstwo, prowadzi za to do degeneracji sfery publicznej. Moim zdaniem to zagrożenie podszyte kryzysem publicznego zaufania zagraża wszystkim próbom reform i podmyje każdą próbę prowadzenia podmiotowej polityki. Dlatego obsesyjnie powracam do tego tematu. Jeżeli kogoś to interesuje, może sobie przeczytać drugą część tego tekstu. Jeśli ktoś po prostu zabija czas, może przejść także część pierwszą.

                                                                                                        I

Chciałem napisać recenzję świetnej książki. Co prawda Anatomia chwili ukazała się w zeszłym roku, ale jest to pozycja, do której warto wracać. Historia nieudanego hiszpańskiego zamachu stanu, kilkunastogodzinnego zaledwie kryzysu, jest dla Javiera Cercasa pretekstem do wybebeszenia mitu transformacji z frankizmu do monarchii konstytucyjnej. Autor świetnie pokazuje, jak to nazywa, „łożysko zamachu” – niechęć CAŁEJ elity i WSZYSTKICH zagranicznych sił do premiera, kampanię medialną, bierność króla. To w warstwie historycznej. Ale książka ta pokazuje też, jak historia sama potrafi tworzyć zaskakujące symetrie i sytuacje fabularne na granicy kiczu. Nieudana próba napisania powieści o tych wydarzeniach stanowi jeden z tematów tego non-fiction.

Porażka widocznie jest zaraźliwa. Do recenzji „Anatomii chwili” zabieram się od dwóch miesięcy i chyba już sobie daruję. Bowiem tymczasem na żywo dzieją się rzeczy interesujące, skandaliczne i znaczące. O tym, że Trump skończy epokę światowej hegemonii USA, co dla naszego kraju jest akurat wiadomością bardzo złą, można poczytać tłusto i dobrze po angielsku (przepraszam nieczytających w tym języku). O tym, co się dzieje w Turcji: o gulenistach, rozprawie z całą opozycją i dlaczego nikt nie interweniuje w tej sprawie też można się spokojnie dowiedzieć wiele. To z rzeczy znaczących.

Z rzeczy interesujących mamy Światowe Dni Młodzieży. Podczas tej katolickiej fiesty papież mówi rzeczy sprzeczne z obowiązującymi w Polsce obiegowymi prawdami i pozwala sobie na uwagi pod adresem rządu. Wywołuje to konfuzję i ciekawe reakcje. Narodowcy od Winnickiego po Warzechę odkrywają, że z Autorytetem można się nie zgadzać i żądają więcej „twardości”. Tak jakby mówienie przykrych rzeczy gospodarzom było specjalnie miękkie. Może i zresztą racja, że papież jest miękki: żaden inny szef międzynarodowej korporacji nie pozwala chyba swoim oddziałom na takie pyskowanie, jakie on znosi od znacznej części polskiego Kościoła. A może po prostu Franciszek, w przeciwieństwie do znaczącej frakcji polskiego kleru i wiernych, po prostu jest chrześcijaninem rozumiejącym pojęcie miłosierdzia? W każdym razie, jak donoszą media, na papieskich mszach niektóre sektory świecą pustkami.

Z rzeczy ważnych, które nie są w stanie porwać tłumów: trwa demontaż polskiej akademii. Słyszący krzyk zarodków minister nie jest niestety w stanie dostrzec, że jego polityka oparta na wolnorynkowych dogmatach będzie sprawiać, że z nauki uciekać będą uczeni bardziej zainteresowani myśleniem i badaniami, niż grantową biurokracją. Słabe jednostki niekoniecznie chcące pracować na kiblu w piwnicy (polecam wyszukać), lubiące raz dziennie zjeść ciepły posiłek, przywiązane do idei pracy za płacę zostaną słusznie zniechęcone do pracy naukowej. To, że w Polsce już teraz miejsca prowadzące badania podstawowe można policzyć na palcach jednej ręki najwyraźniej nie jest ważne. Możliwe, że z perspektywy wojny, która będzie wynikiem rosnącej w Europie ksenofobii nałożonej na walkę o przejęcie hegemonii po USA faktycznie wyjście naszego kraju z pułapki średniego rozwoju nie ma żadnego znaczenia. Jeśli jednak liczymy na inny obrót spraw, to ostatnie posunięcia w nauce są dość groźne. Zajęcie się tym wszystkim uniemożliwiła mi „Anatomia chwili”.

                                                                                                  II

Myślałem już, że nigdy nic na tym blogu nie napiszę. Ale w niedzielę na spacerze zaszliśmy na kawę. A w kawiarni była Wyborcza. A w Wyborczej był artykuł, który w papierze miał tytuł „Zdrowie jak za komuny”. W internecie doniesienie Judyty Watoły jest zatytułowane bardziej poetycko: „Rząd przyjął plan reformy zdrowia. Będzie jak za komuny”. I tu wracamy do populistycznych hasełek zamiast dziennikarskiej roboty. Kroniki Niepowstrzymanych Sukcesów PiS-u też przestaje być zabawne. Ale wiem, że przyszłość jest pełna nostalgicznych lub wkurzonych członków „obozu liberalnego”, którzy nie będą w stanie zrozumieć, jak to się stało, że Kaczyński rządził trzy kadencje. Moja niszowa skrobanina nie zatrzyma zwierania szeregów, ale może w przyszłości będę mógł pokazać wkurzonym i nostalgicznym: „o!”.

Jedną z pomocy naukowych, która ułatwi zrozumienie, jak partia z tak obskuranckim programem obyczajowym i bardzo niekonsekwentnym programem społeczno-gospodarczym, posługująca się dość topornymi narzędziami propagandowymi, może się utrzymać u steru będzie wtedy artykuł Judyty Watoły komentujący decyzję rządu, że do 2018 roku NFZ i system składkowy zostaną zastąpione finansowaniem opieki zdrowotnej z budżetu.

Na początku muszę zaznaczyć, że osobiście raczej zgadzam się z kierunkiem reformy. Co nie oznacza, że nie widzę zagrożeń związanych z likwidacją NFZ – ogromnej struktury, w ramach której zgromadzona została ogromna wiedza i doświadczenie. Półtora roku na przeprowadzenie takiej operacji wydaje mi się terminem ryzykownym. Głęboki sprzeciw budzi we mnie jednak manipulowanie faktami i emocjami.

Mierzi mnie wykorzystanie retoryki „jak za komuny” w 2016 roku. Ta konstrukcja odwołuje się do ogólnej niechęci do PRL i przekonania, że w ciągu pięćdziesięciu powojennych lat wszystko było źle. I że zasadniczo historia między 1945 a 1989 rokiem historia stała w miejscu. Mając zerowy sentyment do Polski Ludowej mogę sobie pozwolić na luksus zastanowienia, czy aby tamta rzeczywistość nie była cokolwiek bardziej złożona od stereotypowego obrazu szarego nędznego zadupia, gdzie nic nie działa? Mogę też zauważyć, że lata 50. i 70. trochę się od siebie różniły, a od tamtych dekad różne było dziesięciolecie Jaruzelskiego. Mogę też powiedzieć, że gdyby na przykład połączeń kolejowych było tyle, co za późnego PRL-u, to bym się nie obraził. Nie obraziłbym się, gdyby w szkołach było tyle lekarzy i pielęgniarek, co wtedy. I nie przeszkadzałoby mi pewnie jeszcze kilka innych rzeczy.

Gdybyśmy faktycznie mieli tutaj „powrót do PRL”, to musiałbym poznać szczegóły tej propozycji, żeby ją ocenić. Tymczasem z tekstu jasno wynika, że tak nie będzie. Prawie ¼ pieniędzy będzie rozdzielana w drodze konkursu, a finansowanie szpitali będzie zależało także od tego, jaki obecnie mają kontrakt z NFZ. Poszukiwanie analogii do Polski Ludowej prowadzi jednak autorkę w dziwnym kierunku. Przyjrzyjmy się temu fragmentowi:

„Szpitale zostaną podzielone na kategorie zależnie od ich poziomu. 78 proc. pieniędzy będą dostawały jako ryczałt bez konkursu. Ile kto dostanie, będzie zależało od tego, jaki teraz ma kontrakt z NFZ. Warunkiem uzyskania ryczałtu będzie posiadanie poradni specjalistycznych”.

To także powrót do PRL – w każdej większej gminie działał wtedy ZOZ, który miał szpital i poradnie. Ponieważ szpitale będą miały zagwarantowane pieniądze z budżetu, nie będą już między sobą konkurować”.

Jeżeli dobrze rozumiem, autorkę uwiera fakt, że zmiana może doprowadzić do sytuacji, w której dostępność leczenia wzrośnie. Z tekstu nie wynika, że „konkurowanie” szpitali przyniosło dobre konsekwencje. Może tak było, ale jakoś wydaje mi się, że konkurencja w tej dziedzinie może się równie dobrze skończyć tak, że żeby uzyskać porządną pomoc trzeba jechać 100 km do lepszego szpitala, bo ten najbliższy ma kiepski pion biurokratyczny, przez co słabiej radzi sobie z pozyskiwaniem funduszy. W każdym razie wedle Watoły brak konkurencji jest z zasady zły i już.

Autorka pozwala sobie także stwierdzić, że:

„[minister Radziwiłł] nie wspomniał, że system ubezpieczeniowy został wprowadzony w 1999 roku przez rząd Jerzego Buzka właśnie dlatego, że system budżetowy się nie sprawdził. I lekarze, i pacjenci chcieli reformy”.

Nie wiem, od czego zacząć. To prawda, że reforma zdrowia została przyjęta z nadzieją. Nie oznacza to jednak, że lekarze i pacjenci byli tak entuzjastycznie nastawieni do idei urynkowienia służby zdrowia, na której została oparta. Wszystkie cztery reformy Buzka były próbą poradzenia sobie z kiepską organizacją i chronicznym niedofinansowaniem za pomocą wprowadzenia rozwiązań neoliberalnych. O tym, jak niewydolny jest kapitałowy system emerytalny tworzący chroniczny deficyt napisano już wiele, więc nie będę tego powtarzać. W opiece zdrowotnej zwyciężył system mieszany, ponieważ SLD szybko narzuciło na regionalne Kasy Chorych czapę w postaci NFZ. Bezkrytyczne bronienie zasad, na jakich ochrona zdrowia jest oparta wydaje mi się zadaniem karkołomnym.

Ponieważ opieka zdrowotna przysługuje pracującym, bezrobotnym, dzieciom, kobietom w ciąży oraz w nagłych przypadkach, nieobjętych ubezpieczeniem jest około 1-2%. Żeby odsiać te osoby stworzono potężny system, który rejestruje składki. Jego drugą funkcją jest wyręczenie państwa w nadzorowaniu pracodawców: to pracownikowi zależy, żeby sprawdzać, czy składki faktycznie zostały zapłacone. Czy uproszczenie tej maszynerii nie może spowodować, że większa ilość nakładów trafi na leczenie, a nie na nadzór?

Oczywiście likwidacja dobrych, stabilnych posad w administracji Funduszu też może mieć negatywne konsekwencje. Jednak wszystko to wypadałoby rozważyć komentując decyzję rządu i ferując, że po zmianach będzie, jak za PRL-u.

Jedyne z czym się zgadzam, to fakt, że zarówno premier Szydło, jak minister Radziwiłł również zaprezentowali zdecydowanie za mało szczegółów, a ich wyjaśnienia dotyczące efektów reformy były dość mgliste. Natomiast konkretna deklaracja w postaci podniesienia wydatków na ochronę zdrowia do 6% PKB jest co najmniej interesująca.

Chciałbym móc przeczytać wyważony, krytyczny komentarz do proponowanych zmian. Ale chyba jedyna szansa, żeby tak się stało, to stworzenie funduszu dla korespondentów zagranicznych. Obawiam się tylko, że trzeba by ich w miarę często wymieniać. Bo prądy znoszące członków klasy gadającą na liberalną Scyllę i prawicową Charybdę są naprawdę potężne.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *