Wakacyjna notka z innej beczki

Reklamy chcą, by wakacje były czasem wzmożonej konsumpcji, niebywałego marnotrawstwa, nowoczesnego potlaczu. Jeśli chodzi  o wymóg aktywnego spędzania czasu, to chyba najlepiej streszcza go hasło „kościół, szkoła, strzelnica”. Zwiedzanie zabytów, potem lunaparkowe atrakcje, a na koniec jakieś wakacyjne kursy. Trzeba to wszystko dobrze zaplanować, a potem chwalić się, że było super.

Dla mnie to wszystko jest tłem. Mam taką cechę, że potrafię się zirytować absolutnie wszystkim. Wakacje są dla mnie czasem, kiedy mogę się oddać irytacji bez wyrzutów sumienia. W końcu wszystkim wokół zależy, żebym ja też odpoczął. Nie muszę więc udawać, że cieszę się czytaniem przewodnika. Mogę czerwony na twarzy gotować się, że nie miałem pojęcia o Dakach albo zwyczaju chóralnego śpiewania w Estonii. Rzym jest szczególnie frustrujący, bo mimo najszczerszych chęci, chronologia dziejów Imperium oraz perypetie mieszkańców Wiecznego Miasta zawsze mi ucieka. Ilość zabytków przyprawia o zawrót głowy, jest drogo, a do tego, czemu my u nas tego nie ma, chociaż jesteśmy lepiej wychowani od Włochów?

Ale w tym roku mam problem. Pierwszy raz od dawna pojechaliśmy relaksować się nad jeziorem. Żadnego zwiedzania, żadnej obcej kultury – jak okiem sięgnąć zabór Polski. Klimat sprzyja drzemkom przeplatanym spaniem. Jedzenie jest dobre. Woda niezbyt zimna.

W związku z tym moja skumulowana irytacja nie bardzo może znaleźć ujście. Przestraszyłem się, bo wiedziałem, że jeśli pójdzie tak dalej, to wrócę do domu kompletnie niewypoczęty. W jaki sposób będę przyjmować kolejne upokorzonka i rozczarowanka, jakich nie szczędzi mi moja średnioklasowa posada? Jak znów przywołać na twarz uśmiech słuchając bzdur wypowiadanych tonem objawionej prawdy?

Ale już wiem. Tuż przed trzecią codzienną drzemką doznałem objawienia. Ponieważ póki co mój blog nie ma zbyt wielkiego zasięgu, myślę, że nie ryzykuję wiele zdradzając Wam, drodzy czytelnicy, że wpadłem na rewolucyjne połączenie. Mianowicie w wakacje rządzą wszelkiego rodzaju listy: 10 książek, z którymi możesz iść srać na wydmy; 20 podkładów, które zamaskują poparzenia słoneczne; 5 jachtów, na które cię nie stać itd. Pomyślałem, że lista frustracji, lista rzeczy irytujących może absolutnie nie odmienić sposobu, w jaki spędzamy wakacje. A jednocześnie rozpamiętywanie krzywd sprawi, że będzie to czas „głęboki”. Czas zadumy, czas spędzony aktywnie.

Moja lista liczy obecnie 204 pozycje. Otwiera ją piąty rok zatrudnienia na umowie śmieciowej, a zamyka fakt, że Weronika Rosati czekała trzy lata, żeby donieść do prokuratury na aktora, który grał naszego polskiego papieża. Tego się osobom odgrywającym Jego Świątobliwość robić nie godzi!

Pierwsze pozycje są zasadniczo zbyt bolesne lub zbyt intymne, by o nim pisać. Koniec natomiast, choć mnie przedstawione fakty doprowadzają nadal do białej gorączki, składa się z rzeczy zanadto błahych, by nudzić nimi czytelnika. Dlatego postanowiłem podzielić się kilkoma frustrami ze środka stawki.

  1. Inspektor Gadżet. Nienawidzę Inspektora Gadżeta. To fatalna, szkodliwa kreskówka, która przekazuje dzieciom toksyczne treści. Zacznijmy od tego, że główny bohater jest kretynem. To debil, który nie jest w stanie połączyć ze sobą najprostszych faktów. Jest nieśmiesznym, wkurzającym fajtłapą z manią wielkości. To najgorszy typ człowieka, który nie widzi i nie rozumie własnych błędów. Niczego się nie uczy. Od pierwszego do ostatniego odcinka pozostaje nieprzemakalną monadą idiotyzmu.

Z racji posiadania IQ na poziomie zużytej chusteczki, Gadżet absolutnie nie nadaje się do swojej pracy inspektora policji. Cała jego wartość polega na gadżetach w rodzaju helikoptera w kapeluszu, czy robotycznych rąk. Ktoś się pomylił i przerobił na cyborga tego głupiego z Ludzi i myszy. A biurokracja, jak to biurokracja – ukrywa swoje błędy, więc i tu wszyscy łykają łajno i udają, że wszystko ok. Może nawet pozbyliby się tego szkodliwego idioty, ale na nieszczęście zawsze potajemnie pomaga mu jego bratanica i jakiś pies. Nawet ten pies jest od Gadżeta mądrzejszy.

Nie wiem, jakim cudem rodzice, którzy oprotestowują w zasadzie wszystko, co kiedykolwiek ukazało się na ekranie nie doprowadzili do zdjęcia Inspektora Gadżeta z wizji? Czemu pozwalają, by ich dzieci uważały za pozytywną postać kolesia, który przypadkiem ma dostęp do zaawansowanej technologii, ale przez swoją umysłowość ameby popełnia same błędy i jest w swojej pracy absolutnie fatalny? Czemu chcą, żeby ich dzieci uczyły się, że można dowolnie dać d*, bo zawsze uratuje cię jakaś dziewczynka i pies? Czemu wreszcie pozwalają, by pociechom pokazywać, że nieodpłatne odwalanie za kogoś pracy jest spoko?

Nienawidzę Gadżeta. Chciałbym zobaczyć wideo, na którym ISIS dokonuje jego egzekucji. Nie znoszę go na tyle, że czasem sekretnie życzę wszystkiego najgorszego osobie, która wymyśliła tego Robocopa specjalnej troski, osobie, która uznała, że to dobry pomysł i wszystkim osobom, które w jakikolwiek sposób zaangażowały się w produkcję tego chłamu. Szczególnie na wakacjach, gdy patrzę jak księżyc delikatnie odbija się w chlupoczących odmętach jeziora, prawie wyobrażam sobie, jak wszystkie te osoby zostają do tego jeziora wyrzucone z helikoptera Pinochet Style. Ale potem przypominam sobie, że są na świecie gorsze rzeczy.

I przechodzę w górę listy.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *