Czy do Królestwa wpuszczają w stroju sportowym?

Królestwo Emmanuela Carrère’ a to cegła: ponad pięćset stron. Dużo w porównaniu z pozycjami w rodzaju Ewangelii dla dzieci i bardzo niewiele, jeśli porównać ją do historycznych prac podejmujących temat początków chrześcijaństwa. Wrażenie pewnego pęknięcia, pewnej niespójności przewija się przez całe dzieło Carrère’ a. Wydaje mi się, że wynika to przede wszystkim z trudności, jaką jest dostosowanie książki pisanej w sumie dla siebie samego do wydania. Dlatego chyba, choć to książka bardzo osobista, znajdziemy w niej również wiele efekciarstwa.

Niemniej uważam, że jest to pozycja bardzo interesująca. Po pierwsze jest to próba rozliczenia się z samym sobą. Pisze ją niewierzące „ja”, próbujące zrozumieć, a może i obudzić jakąś część jego wierzącego „ja”. Carrère spowiada się więc ze swoich doświadczeń duchowych: nawrócenia i pozytywnych skutków, jakie miało to w jego życiu. Ponieważ ten etap jest już za nim, zmienił się, stracił wiarę, podobnie, jak Krapp, bohater Ostatniej taśmy Becketta, zmaga się z tym obcym już człowiekiem, którym kiedyś był. W przeciwieństwie jednak do Krappa, Carrère wierzy (choć może się łudzi?), że istnieje połączenie, które usiłuje odnaleźć.

Chociaż nigdzie wyraźnie tego nie mówi, czytelnik, poznawszy dobrze autora (nie będę się silił na rozróżnianie podmiotu mówiącego i autora – skoro postanowił oznajmić nam w Królestwie pokazać się tak, a nie inaczej, pozwólmy mu na to), zaczyna zauważać, że z całą pewnością jakiś rodzaj łącznika stanowi sztuka, przede wszystkim muzyka i malarstwo. W kontekście zajmujących sporo miejsca rozważań nad radykalnym przesłaniem chrześcijaństwa: że „lepiej być słabym, niż silnym, chorym, niż zdrowym”, konieczności poświęcenia się, podejrzewamy, że ten estetyczny wymiar wiary mógł być czynnikiem, który wpłynął na jej wygaśnięcie. Ale to tylko jeden z tropów, które podrzuca nam Carrère.

Ciekawym zabiegiem, który stosuje jest bowiem odtwarzanie na poziomie książki pewnych charakterystyk i zabiegów, które odnajduje w Ewangeliach. Przyglądanie się Markowi, Mateuszowi, Janowi i Łukaszowi (zwłaszcza Łukaszowi, który jest tu postacią wiodącą) jako kolegom po piórze stanowi jeden z najmocniejszych punktów Królestwa. Doszukiwanie się szczegółów, długie rozważania o warunkach, w jakich powstawały dane fragmenty, czemu mogły służyć, co nam mówią o autorze – to wszystko było, przynajmniej dla mnie, bardzo ciekawe. Być może jest to pewien anachronizm, ale korzystając z własnego doświadczenia Carrère tworzy bardzo sugestywny obraz procesu twórczego.

Świadome anachronizmy sprawiają zresztą, że Królestwo jest przekonujące jako opowieść o dynamice grupy. Ze świeckiego punktu widzenia jest faktycznie zdumiewające, że sekta niepiśmiennych rybaków, a potem niewielka, rozproszona wspólnota, na którą składały się skłócone ze sobą grupki osiągnęła taką potęgę. Szczególnie często pojawiające się w części poświęconej świętemu Pawłowi, wyjątkowo dobrze działa przekładanie postępowania apostoła i jego relacji z, jak to nazywa Carrère, „centralą w Jerozolimie” na język Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego. Wiem, że w tej chwili brzmi to, jak bluźnierstwo, ale nim nie jest. Porównania te służą zawsze uwypukleniu tego, jak niezwykłe było przesłanie i praktyka Pawła.

Przyznaję, że lektura chwilami mnie trochę nużyła. Nie do końca wiem też, co myśleć o zastosowaniu złotej formuły Dana Browna: rozdziałów krótkich, jak włosy rekruta. Z pewnością osoby głębiej zainteresowane religią będą miały do książki wiele uwag. Mimo to, była to dla mnie ciekawa podróż.

W zakończeniu Carrère jeszcze raz stara się nawiązać kontakt ze swoim dawnym, religijnym „ja”. Mając poczucie, że kilkaset stron intelektualnej podróży omija całkiem przesłanie Jezusa, dołącza do wspólnoty, która wzajemnie obmywa sobie nogi. Jest to piękna scena, która, jak rozumiem, ma nam pokazać, że możemy sobie myśleć, co chcemy, ostatecznie bowiem zawsze chodzi o czyny.

To zakończenie trochę zbiło mnie z tropu. Pomijam nurtujący również mnie fakt, czemu otwartych katolików (zwłaszcza dziewczyny) najczęściej zdradza upodobanie do „stroju trekkingowego” – dżinsy, wiatrówka, porządne buty. Ciekawe jest raczej, że wyraźnie unikając kwestii potęgi instytucji wyrosłej z małej żydowskiej sekty, tejże potęgi ogrom przewin, jednocześnie oskarża ją tym zakończeniem. Jestem skłonny sądzić, że i to jest celowy zabieg: o pierwszych i ostatnich zdaniach biblijnych tekstów także można w Królestwie  znaleźć niemało.

Co powiedziawszy, sam nie wiem, jak zakończyć ten spis wrażeń z lektury. Może tak: wierzysz, czy nie – początki są zawsze ciekawe. To zawsze frajda, samemu wiedząc, co się wydarzy, obserwować ludzi, którzy nie mają o tym pojęcia.

***

Emmanuel Carrère Królestwo, Wydawnictwo Literackie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *