Miasto przykrych spotkań

Środowisko teatralne żyje sprawą Teatru Polskiego we Wrocławiu. Pod jego siedzibą odbył się protest, w którym wzięli udział między innymi aktorzy i dyrektorzy teatrów z całej Polski. Domagali się niepowoływania Cezarego Morawskiego na stanowisko dyrektora. Protestujący słusznie wskazują, że wbrew obietnicom, rozstrzygając konkurs nie uwzględniono zdania zespołu. Zastrzeżenia dotyczą także przebiegu posiedzenia: o wyborze rozstrzygnięto w kilkanaście minut. Głosowanie nie było podobno poprzedzone dyskusją.

Od wczoraj wśród ludzi teatru można usłyszeć głosy rozczarowania. Odchodzący dyrektor Teatru, poseł .Nowoczesnej Ryszarda Petru, Krzysztof Mieszkowski wystąpił na konferencji ze swoim pryncypałem – tak zgadliście – Ryszardem Petru. Środowisku takie „upolitycznienie” sprawy bardzo się nie spodobało. Wydaje mi się jednak, że rozczarowanie czy zaskoczenie udziałem Petru świadczy o pomijaniu przebiegu całej sytuacji. A wpisuje się ona raczej dość dokładnie w schematy naszego życia publicznego.

Zacznijmy od tego, czemu sprawa wrocławskiego teatru tak elektryzuje środowisko. Na przestrzeni ostatniej dekady Polski wyrósł na jeden z najważniejszych punktów na kulturalnej mapie kraju. To tutaj swoje przedstawienia realizuje Krystian Lupa, jeden z najwybitniejszych polskich reżyserów, który stworzył oryginalny język teatralny, artysta znany i ceniony na świecie. Można powiedzieć, jeden z naszych głównych kulturalnych „towarów eksportowych”. Na marginesie dodam, że Lupa jest bardzo ważny dla mnie osobiście. Jego Wymazywanie wywarło na mnie ogromny wpływ, a niedawna Wycinka to spektakl, moim zdaniem, genialny.

Lupa udzielił wywiadu, w którym przedstawia kulisy konkursu ze swojej perspektywy. Opowiada między innymi, że Cezary Morawski zamiast przedstawiać komisji koncepcję prowadzenia teatru bronił się przed zarzutami Gazety Wyborczej, która przypomniała sprawę malwersacji w ZAiKS-ie, w którą Morawski był zamieszany. Obraz wyłaniający się z tego wywiadu faktycznie może podnieść ciśnienie.

Jakkolwiek martwi mnie możliwość wyrzucenia do kosza artystycznego dorobku wrocławskiego Zespołu, chciałbym jednak byśmy zwrócili uwagę na to, co działo się wcześniej. O sytuacji w Polskim zaczęło być głośno, kiedy instytucje prowadzące ogłosiły chęć zorganizowania konkursu na stanowisko dyrektora. Kontrakt Krzysztofa Mieszkowskiego dobiegał końca i wydawałoby się, że nie ma rzeczy bardziej naturalnej, niż wybór szefa na kolejną kadencję. W drodze konkursu. Poseł Mieszkowski jednak się z takim postawieniem sprawy nie zgadzał. Chociaż rozumiem jego obawy o to, czy konkurs oparty będzie na kryteriach merytorycznych, jego reakcja była skandaliczna. Dyrektor Mieszkowski przedstawiał się w mediach jako osoba niezastąpiona, człowiek, którego godności konkursy urągają. Stwierdził, że po prostu należy mu się przedłużenie kontraktu.

I tu, moim zdaniem, zaczyna się problem podobny w swojej istocie do kwestii Trybunału Konstytucyjnego. Strona, która ma rzekomo pełną słuszność, sama zaczyna od podważania procedur i stawia się ponad prawem. Cały czas w głowie kołacze mi pytanie: czy gdyby osoby na eksponowanych stanowiskach były łaskawe akceptować reguły gry, to może gdy dochodzi do politycznej zmiany, ich oponenci również mieliby mniejsze pole ich naginania. PiSofobi powiedzą, że to bez znaczenia. A ja tylko przypomnę, że bez udziału niepisowskich władz województwa żadne naginanie reguł możliwe by nie było.

Negatywną, w mojej opinii, rolę odegrał też na tym etapie Krystian Lupa, który rzucając na szalę swój dorobek starał się szantażować decydentów. Reżyser oświadczył, że jeśli Mieszkowski nie będzie dalej dyrektorem, to on odchodzi.

Obecna sytuacja wynika, przynajmniej częściowo z tych pierwszych reakcji. Jeżeli można się czegoś nauczyć z gangsterskich filmów, to tego, że zawsze wygrywa gracz brutalniejszy. Jeżeli naginamy reguły, w końcu znajdzie się ktoś, kto je złamie. Mieszkowski podważając sens konkursów, utrudnił sytuację. Zaatakował mechanizm, o który środowisko kultury zabiegało i walczyło. Bo nawet z ustawieniem konkursu trzeba się napracować trochę bardziej, niż z wyznaczeniem po prostu osoby miłej władzy. Jest to mechanizm, który utrudnia, przynajmniej potencjalnie, tworzenie klik. I jeszcze coś: ludzie kultury (zostawiam na boku kwestię, kogo ten termin powinien obejmować) słusznie podnoszą temat niskich nakładów na działalność i problem przejrzystości finansowania. Jeżeli potem jedna z najbardziej prominentnych postaci oświadcza zasadniczo, że właściwie nikt nie ma prawa go oceniać, to strzela w kolano wszystkim, którzy walczą o lepsze warunki dla kultury.

Gdyby ludzie kultury trochę bardziej interesowali się polityką na poziomie systemowym, a nie rozumianą jako personalne gierki, może wyciągnęliby wnioski z jesiennych wyborów. Może też częściej zadawaliby Krzysztofowi Mieszkowskiemu pytanie, jak łączy mandat posła sprawowany z ramienia partii fetyszyzującej neoliberalne rozwiązania, której zdarza się wyprodukować korwinistyczny mem, (i której szef na dodatek uważa, że w Polsce obowiązuje Konstytucja 3 Maja), z prowadzeniem publicznej instytucji kultury. (Czy można jednocześnie dobrze pełnić mandat i obowiązki dyrektora?) Gdyby takie pytanie zadali, może wcześniej przewidzieliby pojawienie się Ryszarda Petru w tym wątku.

Reasumując zasada „to samo, tylko bardziej” ma swoje zastosowanie i w tej sytuacji. Frakcja mniejszego zła, jak zwykle usiłowała nagiąć reguły do siebie. Zamiast zabiegać, by samorząd starał się z ministerstwem zawalczyć – otworzyli pole do porozumienia ponad podziałami. Wypowiedzi Mieszkowskiego nie spotkały się z reakcją środowiska, a przynajmniej ja takiej nie zauważyłem. Dopiero skandal konkursu wywołał protest. I jak zwykle – to było o jedno małe zełko za późno.

Mam nadzieję, że środowisko wyciągnie konsekwencje i następnym razem obudzi się wcześniej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *