Twarde lądowanie

Wystarczyła krótka nieobecność w kraju, by spowodować u mnie poważne zaległości. Oczywiście wiadomo, że we wrześniu ruszają wszelkie Sezony: kulturalnej, sportowe, ale i polityczne. Aktorzy szykują się do popisów w nowych rolach. Wypoczęci, opaleni publicyści wracają do piór, by toczyć popłatną plemienną walkę.

Pierwszym wydarzeniem nowego sezonu kulturalnego jest niewątpliwie „Smoleńsk” film omówiony już tak obszernie, że nie mam żadnej ochoty na niego iść. Ponieważ dzieła nie widziałem, nie zamierzam się wypowiadać nawet na temat wszechobecności plakatów z cokolwiek niepokojącym dla mnie zestawem patronatów medialnych. Przeczytałem już kilkanaście recenzji i na ich temat wypowiadać się jak najbardziej mogę. Teksty pism obozu rządowego są raczej nieciekawe. Ich autorzy zasadniczo koncentrują się na tym, że „tak było i kropka”. Bardziej interesujące, jak zresztą zwykle, są głosy krytyczne. Co mnie przede wszystkim zaskakuje, to powściągliwość wielu piszących o filmie osób: starają się znaleźć pozytywne wartości tej produkcji. Wśród tekstów można wyróżnić te, które koncentrują się na artystycznej jakości produkcji – te zwykle są bardzo ostre i złośliwe, ale też czytelnik niewiele z nich wynosi, ponad wrażenie, że film jest warsztatowo słaby. Niektórzy z autorów zbyt szybko znajdują wygodne porównania, które pozwalają im zbyt szybko „załatwić się” z filmem (mam tu na myślni na przykład tekst, skądinąd bardzo przeze mnie lubianego Marcina Napiórkowskiego).

Inna grupa autorów stara się odnieść film do ram politycznej dyskusji, ale z zewnątrz. Tutaj godne wspomnienia są teksty w nowym numerze Kultury Liberalnej oraz „Dziady smoleńskie” Anity Piotrowskiej w Tygodniku Powszechnym. Teksty te, nie traktując filmu „z buta”, jednak dość boleśnie go punktują. Robiąc to, same jednak wystawiają się niepotrzebnie na kontrataki. W ostatnim z wymienionych przeze mnie artykułów autorka pisze, że Krauze „celuje ewidentnie w widza mniej wyrobionego”. Być może. Jednak ustęp ten trąci odrobinkę za bardzo założeniem, że jest to dzieło stworzone jako prymitywna propaganda dla „ciemnogrodu”. Jednak historia produkcji (przytoczona przez samą autorkę), czy zaangażowanie niezłych aktorów raczej temu przeczą. Zasługą autorki jest jednak bez wątpienia wskazanie na fakt, że „Smoleńsk” jest pierwszym filmem o katastrofie. A więc wpisuje się w schemat wedle którego PiS czyni z narracji zamachu centralny punkt swojego przekazu i projektu tożsamościowego i nie napotyka na żadną opowieść dość silną, by się temu projektowi przeciwstawić.

I tak dochodzę do nadrobienia zaległości drugiej: wywiadu Michała Sutowskiego z Cezarym Michalskim pod nośnym tytułem „Walczę z substancją polskości”. Oczywiście, jeśli w coś jest zaangażowany Michalski, musi pojawić się jakaś fantazyjna fraza (jest to akurat cecha, którą ogromnie lubię). Pomijając coraz popularniejszą w mediach formułę przeprowadzania wywiadów z kolegami z redakcji, wywiad ten jest bardzo dobrą ilustracją, dlaczego stworzenie silnej opowieści alternatywnej dla stającej się polityką państwową tezy o zamachu jest tak trudne.

Bo wybrana przez „liberalny” mainstream droga drażni. I to coraz więcej osób. Powtarzanie, że „jest super”, że najlepiej, że narzekająca na śmieciówki młodzież „nie pamięta komuny” jest zwyczajnie denerwujące. Kolejna runda upupiania. Wiele osób wkurza ta gadka, bo ileż można słuchać o tym, jak fajnie się udało tym górnym dwudziestu kilku procentom kosztem reszty. Ile można słuchać o sukcesie, widząc, jak głęboko kolejne decyzje okopały Polskę na pozycji poddostawcy. Wobec narracji „dumy narodowej” ten rodzaj dyskursu jest kompletnie bezsilny.

Była szansa na odwrócenie trendu. Wystarczyło przełknąć strach. Taką szansą byłoby przyznanie się do „państwa z dykty”. Silna korekta kursu w lewo, ścięcie kilku głów i ogłoszenie sanacji. Można się było uratować. Pod jednym warunkiem – należało przestać być bucem. Przestać uważać, że wszystko, co było do zrobienia zostało zrobione. Innymi słowy – należało postępować dokładnie odwrotnie, niż sugeruje „walczący z substancją polskości” Cezary Michalski.

Przepytywany przez Michała Sutowskiego publicysta stwierdza, że wywiady rozliczeniowe to najgorszy pomysł, bo „za transformację nie trzeba przepraszać”. Czyli: wszystko było cacy, żadnych pokrzywdzonych nie ma, takie są wilcze prawa historii, więc wszyscy krytycy powinni zamknąć japę, bo przyjdzie Katolicyzm Cthulhu i nas zje, cholerni lewacy.

Fakt, że po takim stwierdzeniu Krytyka nie pozbywa się pana Cezarego stanowi chyba dowód przejścia na pozycje liberalne. Bo nie wiem, w jaki sposób dwadzieścia kilka lat neoliberalnego mambo dżambo, decyzji skutkujących podziałem na lepsze i gorsze strefy, lepszych i gorszych ludzi, obywateli i tych, którzy głosu nie mają oraz całkiem niezłą dawką możliwego do uniknięcia cierpienia to nie jest coś, z czym należałoby się rozliczyć.

Świetna jest u Michalskiego ta autokreacja na światłego stratega. Z tej pozycji głosi nam, że położy się pod drzwiami gabinetu Hanny Gronkiewicz-Waltz, której rodzina wzbogaciła się na dzikiej reprywatyzacji, prezydent ignorującej odbywającą się na ogromną skalę grabież publicznego majątku. Bo inaczej przyjdzie PiS i nas zje. I będzie najgorzej. Najlepsza opcja to pozwolić się okradać, wyrzucać z mieszkań, prać pieniądze – bo inaczej przyjdzie PiS (również umoczony w reprywatyzację, żeby nie było).

Ślepy jest strateg Michalski na fakt, że proponując od lat tę samą receptę: uśmiechaj się i zaprzeczaj, bo inaczej przyjdzie PiS, przyłożył i on rękę do tego, jak władza się zbiesiła. Dla mnie nie do zniesienia jest również ten często występujący u dawnych opozycjonistów rys antydemokratyczny: nie masz prawa głosować zgodnie ze swoimi poglądami. To jakieś echo dawnych walk, gdzie byli tylko „my” i „oni”. I „my” musiało zewrzeć szeregi zapominając o swoich poglądach. Bo doprawdy nie wiem, jak to inaczej wytłumaczyć. Nie wiem tylko, jak stratedzy pokroju Michalskiego radzą sobie z faktem, że ich genialna receptura powoduje, że prawie połowa uprawnionych nie głosuje w żadnych wyborach. Problem, na który od kilku ładnych lat wskazuje nam OECD.

Zaczynam myśleć, że programowe nieprzyznawanie się do błędu i niedostrzeganie belki we własnym oku to nasza narodowa przywara. To jest też chyba powód upartego tkwienia w przeszłości. Spojrzenie w przyszłość wymaga uporania się z tym, co się wydarzyło. A więc jakiegoś krytycyzmu. Ponieważ go nie ma, jedni tkwią sobie spokojnie w latach 90-tych, a drudzy cofnęli się nawet dalej i biegają po lesie strzelając do wyimaginowanych komunistów. Jako trzydziestolatek żyjący w roku 2016 słabo się w tym odnajduję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *