To samo tylko bardziej: wojna pokoleń według Michalskiego

Od ostatnich wyborów parlamentarnych lewica, a zwłaszcza partia Razem, często bywa wskazywana jako winowajca zwycięstwa PiS. Narracja ta jest popularna wśród zwolenników Platformy Obywatelskiej, powraca też w rozmowach na marszach KOD-u. Co ciekawe, .Nowoczesna,  partia, która przejęła część elektoratu Platformy nie jest adresatem tego typu pretensji. Każe to podejrzewać, że celem wysuwających te zarzuty jest raczej konsolidacja „anty-PiS-u”, niż dociekanie powodów przegranej tego obozu.

Jaskrawym przykładem tej narracji jest tekst Cezarego Michalskiego pod tytułem „Lewicowcy Kaczyńskiego” opublikowany w numerze 39/2016 Newsweeka. Artykuł Michalskiego jest bardzo interesujący jeszcze z jednego powodu. Związany z uznawaną dotąd za lewicową, a więc niesprzyjającą raczej prawicowej Platformie, Krytyką Polityczną stawia szereg tez, które sugerują raczej ponowne zbliżenie do poglądów, które prezentował jako konserwatywny publicysta „Dziennika”.

Na wstępie Cezary Michalski oskarża „populistyczną lewicę” o wspólnotę poglądów z ksenofobiczną prawicą na podstawie tego, że „wspólnie atakują PO, Nowoczesną, KOD” i uważają transformację za „katastrofę, która zniszczyła PRL-owskie osiągnięcia gospodarcze, wielki przemysł i uspołecznione rolnictwo”. Były prowadzący talk-show „Sądy przesądy” stosuje tu znany chwyt. Gdyby Robert Winnicki powiedział, że Ziemia jest okrągła i to samo stwierdził Adrian Zandberg, byłby to już dowód na tożsamość Ruchu Narodowego i Razem.

Gdyby Cezary Michalski pofatygował się na któryś z kursów Instytutu Studiów Zaawansowanych Krytyki Politycznej mógłby z lektur dowiedzieć się na przykład o tym, że polskie PKB rosło najszybciej tuż po II Wojnie Światowej. Gdyby sięgnął po takie pozycje wydane przez Wydawnictwo KP, jak choćby Prywatyzując Polskę Elizabeth Dunn, może zastanowiłby go mechanizm wyceny polskich fabryk, w ramach którego bez dyskusji przyjmowano wyceny zagranicznych ekspertów nie znających choćby kompletnie stosowanego w Polsce sposobu księgowania.  Wreszcie gdyby zechciał sięgnąć po klasyczną już Klęskę „Solidarności” Davida Osta, książkę, która przekonująco wyjaśnia społeczną dynamikę skutkującą pierwszym rząd PiS, może przypomniałby sobie, czym był popiwek.

Cezary Michalski pisze także, że pogodził się z neoliberalnym publicystą Gazety Wyborczej, Witoldem Gadomskim i uznał, że „w krajach takich, jak Polska (…) rynek zawsze jest lepszy od własności państwowej”. Szczęśliwie dla publicysty uznawali tak również decydenci na początku lat 90. Uważając, że cały peerelowski majątek jest nic niewarty przyznawali ulgi inwestorom zagranicznym. Wyznając absolutny prymat własności prywatnej nakładali dodatkowe obciążenia na przedsiębiorstwa państwowe (np. wspomniany wyżej popiwek). Piotr Wójcik opisywał na łamach Nowego Obywatela, że przetaczająca się przez Polskę fala upadków nie oszczędziła zakładów bardzo nowoczesnych: „Warszawski zakład CEMI produkujący układy scalone, diody i tranzystory zatrudniał ok. 8 tys. pracowników i był największym tego typu zakładem w naszym rejonie Europy. Zbankrutował w wyniku nagłego zwiększenia wartości marży kredytu i dumpingowej konkurencji. (…) Kolejna słynna firma, czyli Zakłady Telewizyjne Elemis, również ucierpiała w wyniku wzrostu wartości kredytu, a także odcięcia od finansowania, pomimo perspektywy wielkiego kontraktu na 100 tys. odbiorników. Dobiła ją zagraniczna konkurencja ze strony Philipsa i Thompsona, którym… udzielono ulg podatkowych. (…) Terapii szokowej nie wytrzymał także ZOPAN, produkujący unikalną aparaturę pomiarową. A także wiele innych firm, takich jak Telpod czy Fonica”.

Ostatnie ćwierćwiecze nie da się zamknąć ani w haśle „25. lat wolności”, bo wolność oznacza także możliwość skorzystania ze swoich praw takich, jak choćby opieka zdrowotna. Oznacza także, że przestrzeń publiczna nie wyklucza z góry artykulacji interesów grupowych, a tak się stało choćby w przypadku robotników. Robotników, którzy najpierw, jak pisze Boris Buden w interesującej Strefie przejścia „do ostatecznego zwycięstwa demokracji doprowadzili dosłownie własnymi rękami”, a potem ktoś im „nałożył pieluchy i krótkie majteczki”. Nie da się także tych lat zamknąć w formule „wygaszania Polski”. Wiele rzeczy bez wątpienia się udało. Problem jednak w tym, że wszystko ma swój koszt. A o cenie transformacji nigdy nie zaczęliśmy na dobre rozmawiać.

Wszystkich tych, którzy mieliby na to ochotę Cezary Michalski oskarża o „tęsknotę za PRL-em” i brak krytycyzmu w stosunku do Polski Ludowej. Ale trafia kulą w płot. Faktycznie: uznawane przez publicystę Krytyki Politycznej za jedność, lewica i prawica reagują na dominującą przez lata opowieść o sukcesie, za który nikt nie zapłacił. Reakcje te jednak bardzo się różnią. Konserwatywna prawica operuje teoriami, według których wszelkie nieprawidłowości są wynikiem ciemnych machinacji i spisków. Sięga po różne wariacje opowieści o układzie. Za wszelkie porażki odpowiedzialni będą jacyś „obcy”: agenci, Żydzi, Niemcy.

Lewica natomiast widzi raczej źródło problemów w założeniu, że sprzyjanie chciwości ma swoje konsekwencje. Wytyka niesprawiedliwe rozwiązania, w wyniku których funkcjonowanie państwa opiera się na pieniądzach biedniejszej części społeczeństwa. Wykazuje, że źródłem wielu patologii jest wiara w samoregulujący się wolny rynek, podczas gdy kolejni ekonomiści wskazują, że efektywność rynku zależy także od siły państwa zdolnego zagwarantować przestrzeganie reguł. Odpowiedzialność przypisuje więc raczej „naszym”.

Cezary Michalski postanawia zignorować te różnice, ponieważ stara się powrócić do strategii straszenia PiS, która ostatecznie pozwoliła Jarosławowi Kaczyńskiemu zdobyć większość foteli w Sejmie. To straszenie staje się nieskuteczne, bo odpycha ludzi od życia publicznego. Prawo głosu to ważna część wolności. Wmawianie, że nie warto z tego prawa korzystać zgodnie ze swoimi przekonaniami rodzi zniechęcenie i poczucie odrzucenia. Kto zawsze miał na kogo głosować, nie zrozumie być może, jakie to uczucie. Ale głosowanie na „mniejsze zło” zawsze rodzi rozczarowanie. Ważne dla wyborców tematy są zamiatane pod dywan, bo rządzący wspierani przez straszących publicystów nie czują potrzeby zajmowania się nimi.

Michalski ma na pewno rację, że kwestia reprywatyzacji w Warszawie stała się „swoistym testem”. Publicysta oskarża stowarzyszenie Miasto Jest Nasze i partię Razem, że są głupi, bo drążąc sprawę reprywatyzacji oddadzą Warszawę partii Kaczyńskiego. To, według niego, koronny dowód na fakt, że lewica i aktywiści chodzą na pasku PiS. Nie bierze przy tym pod uwagę faktu, że MJN pierwszą warszawską mapę reprywatyzacji opublikowało dwa lata temu, zaś wpuszczona niedawno do sieci jej rozszerzona wersja pokazuje udział w procederze osób związanych z Antonim Macierewiczem. Oskarżanie obecnej władzy widać nie wystarczy, by przestać być, wedle sformułowania Michalskiego „chłopem z nagonki”. Michalski nie cofa się także przed insynuowaniem prezesowi MJN, notabene także publikującemu w Krytyce Janowi Śpiewakowi, że zasiadanie – bez wynagrodzenia – w społecznej radzie wojewódzkiej konserwator zabytków jest jakąś formą synekury. Wydawałoby się bowiem, że jeśli ktoś walczy o ochronę zabytków przed zakusami deweloperów, zyskanie wpływu na decydentów zostanie uznane za krok we właściwym kierunku. Najwyraźniej nie.

Bohaterką okazuje się być znów Hanna Gronkiewicz-Waltz, wiceprzewodnicząca PO, która co prawda aż do teraz nie była w stanie lub nie chciała zrobić nic, by Platforma zajęła się tematem dzikiej reprywatyzacji. Jako była „wkładka mięsna” w jednej z przejętych przez handlarzy roszczeń kamienic mogę także dodać, że nie zrobiła nic, by tematem zainteresowali się radni z jej partii. Problem jest jednak głębszy, ponieważ dotyczy polityki mieszkaniowej w Polsce w ogóle. Wbrew temu, co pisze Michalski nie jest tak, że „dzieci które wychowały się już w naprawdę własnych, naprawdę prywatnych mieszkaniach” nienawidzą własności prywatnej, bo nie są w stanie wyobrazić sobie, jak mogą wyglądać warunki w uspołecznionych blokach i kamienicach. Jako mieszkaniec zreprywatyzowanej kamienicy wiem, że to nieprawda.  Poszukujący rozwiązań problemów mieszkalnictwa spoglądają wcale nie w stronę sowieckiej Rosji, ale na przykład Nowego Jorku.  Problemy z oparciem polityki mieszkaniowej na drogim wynajmie wyczerpująco opisał w 13 piętrach Filip Springer, a kilka tygodni temu przypomniała je na łamach Dziennika Opinii (dziennik on-line Krytyki Politycznej) Joanna Erbel. Władze Warszawy przez lata nie robiły w tej sprawie prawie nic.

Czytając artykuł Cezarego Michalskiego mam wrażenie, że faktycznie mamy do czynienia z konfliktem pokoleń. Być może moje pokolenie nie dało sobie wmówić w latach 90., że powszechna prywatyzacja i mityczny rynek uwolniony z wszelkich ograniczeń (co w praktyce oznacza, że zawsze wygrywa silniejszy) są konieczne do budowania dobrobytu, a „socjalnej korekty” można dokonywać później. Dzięki dostępowi do anglojęzycznych artykułów prasowych i publikacji naukowych jesteśmy w stanie te twierdzenia zweryfikować. Zauważamy wtedy, że kraje skandynawskie wprowadziły swoje rozwiązania, kiedy były biedne. Może więc nie jest tak, jak chce Michalski, że dla krajów półperyferyjnych – a takimi kraje skandynawskie były – rządy socjaldemokracji w wyniku jakiejś tajemniczej klątwy kończą się katastrofą. Jeśli chodzi o przykłady z Ameryki Łacińskiej to do końca nie wiemy, jak płynięcie bardziej lewicowym kursem mogłoby się skończyć, bowiem większość tego rodzaju prób ucinały oficjalne lub nieoficjalne interwencje Stanów Zjednoczonych.

Publicysta Krytyki Politycznej postanowił jednak zignorować te niuanse i dał się porwać znanemu chyba wszystkim uczuciu zniechęcenia. Z tego nihilistycznego impulsu zrodził się wniosek, że lepiej by państwo było możliwie słabe. Wtedy nawet przejęcie władzy przez nieodpowiadające publicyście siły polityczne nie będzie to miało znaczenia. Zresztą obsadzanie państwowych spółek przez ludzi PiS, choć ostentacyjne i skandaliczne, nie wydaje się tragedią. Sądzę, że Michalski formułując swój antypaństwowy program fundamentalnie się myli. To właśnie słabe i „tanie” państwa zazwyczaj charakteryzują się niską kulturą polityczną i brakiem mechanizmów zabezpieczających przed skokiem na kasę. Co więcej, walka jest bardziej brutalna, bo państwo niedofinansowane to państwo niewydolnych służb i sądownictwa.

Nie wiem co to znaczy nie móc dostać paszportu. Wiem, że moje pokolenie nigdy nie pozna na własnej skórze, co to znaczy żyć w PRL-u. Nie znam zresztą ani jednego rówieśnika, który miałby na to ochotę. Natomiast pracując na śmieciówkach, nie mogąc założyć związku zawodowego czy wydając ponad pół pensji na wynajęcie pokoju wiemy, co to znaczy żyć w państwie niezdolnym wymusić przestrzeganie prawa. Wydaje mi się, że największą krzywdą, jaką wyrządził nam wszystkim PRL jest to, że choć nie istnieje od ćwierćwiecza ciągle zamiast rozmawiać o bieżących problemach: unikaniu VAT-u, dziurze budżetowej, skutecznemu przeciwdziałaniu biedzie i wykluczeniu, podniesieniu poziomu szkolnictwa, wracamy do tematu, jak straszny był PRL. Czy jeśli moje pokolenie przyzna, że był znacznie gorszy, niż wszystko, co kiedykolwiek widzieliśmy, będziemy mogli w końcu poważnie porozmawiać?

 

3 komentarze/y

  1. „polskie PKB rosło najszybciej tuż po II Wojnie Światowej” – to dowodzi jedynie ogromu skali zniszczeń wojennych, a nie jest argumentem w kwestii słuszności (bądź nie) gospodarki wolnorynkowej.

  2. Hmm, skoro mieliśmy tak wysoki wzrost PKB po wojnie, to dlaczego PRL zbankrutował. Czyżby system centralnego planowania nie był w tym czasie jeszcze wdrożony? Jeśli tak, to zaliczanie tego typu wzrostu na konto PRL jako systemu ekonomiczno-politycznego wydaje się być błędem kategorialnym. Jeśli chcemy by druga strona wysubtelniała swoje argumenty, stosujemy proszę tego typu standardy również wobec siebie.

  3. Heh, od kiedy to Krytyka Polityczna była krytyczna wobec PO? Jakoś jedyna krytyka, którą pamiętam, to sążniste wazeliniarskie wywiady z Bartłomiejem Sienkiewiczem (w których próbowali zrobić z niego nie wiadomo jakiego intelektualistę i politycznego wizjonera), na dodatek robione tuż po aferze taśmowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *