„Artyści” – z teatru do telewizora

Kilka lat temu seriale przejęły od filmu kinowego ciężar głównego masowego medium podejmującego trudne, ciekawe, nieszablonowe tematy. Coraz wyższe budżety sprawiły, że to produkcje HBO czy Netflixa wyznaczają nowe trendy. Widać też, że znacznie mniejsze, niż w przypadku produkcji kinowych ograniczenia czasu ekranowego umożliwiają kolejnym twórcom prezentowanie postaci w ich ogromnej złożoności, budowanie skomplikowanych światów albo estetyzację, na którą poza niszowym kinem nie było dotąd miejsca.

Kto by jednak sądził, że seriale obracają się teraz wyłącznie w sferze tak zwanej kultury wysokiej, razem z „Zeszytami Literackimi” i co mniej znanymi dziełami barokowych kompozytorów, byłby w błędzie. Współczesna popkultura jest pokawałkowana i poupychana w nisze. Tasiemcowe opery mydlane i sztampowe sitcomy mają się dobrze. Ostatnio wspomaga je zaciąg paradokumentów inscenizujących scenki z życia kolejnych grup zawodowych. Gatunek, który Dorota Masłowska określiła jako formę tak niskobudżetową, „że podchodzi już bardziej pod formę literacką niż filmową: pod coś w rodzaju opowiadania ilustrowanego ruchomymi obrazami”, skutecznie skolonizował polską telewizję.

Niewiele za to zostało wyprodukowanych w Polsce seriali z górnej półki. Zazwyczaj były to przeniesione na nasz grunt formaty zagraniczne, jak Pakt czy Bez tajemnic. Co więcej, większość dobrze wyprodukowanych seriali należy do gatunku kryminału. Tym bardziej cieszyło, że Telewizja Polska postanowiła skorzystać z okazji i powierzyć stworzenie serialu duetowi odnoszącemu sukcesy na deskach teatrów.

Kiedy ogłoszono, że Paweł Demirski i Monika Strzępka rozpoczynają prace nad serialem, który ma „pokazywać kulisy teatru” można było oczekiwać, że powstanie dzieło, które będzie dla rodzimej telewizji równie ważne, jak przedstawienia duetu stały się dla naszego teatru. A Strzępka i Demirski odnieśli w teatrze wielki sukces, który przełożył się między innymi na Paszport POLITYKI. Kolejne premiery stawały się wydarzeniami i zaczątkami dyskusji. Ich produkcje były zapraszane na zagraniczne festiwale. Trudno też znaleźć krytyka, który poproszony o wymienienie najważniejszych zjawisk w polskim teatrze pominąłby ich nazwiska. Dla mnie osobiście ogromnie ważne było W imię Jakuba S. proponujące opowiadanie historii raczej od strony chałupy, niż dworu.

Dlatego na Artystów czekano z niecierpliwością. Teraz, po emisji ostatniego odcinka, serial spotyka się z mieszanymi reakcjami. Jedni krytykują zbytnie uproszczenie postaci i galimatias fabularny. Inni dobrze się bawili obecnością w serialu dobrze znanych twarzy albo obserwowaniem korowodu pracowników teatru, sportretowanych dość grubą kreską. Koniec końców jednak, wydaje mi się, że serial poniósł porażkę na wielu frontach. Stanie się ciekawostką, którą za kilkadziesiąt lat odkopią pewnie jacyś entuzjaści teatru. Nie dlatego, że serial jest zły. Według mnie ogląda się go dobrze. Ale wydaje mi się, że zgubiła go „teatralność”. To, co jest mocnym punktem przedstawień duetu Strzępka & Demirski, w telewizji zblakło, rozmyło się lub po prostu nie zadziałało.

Choć pewnie i z tym nie wszyscy się zgodzą, do plusów serialu należy zaliczyć zaproszenie plejady teatralnych gwiazd ze wszystkich chyba pokoleń. Grający główną rolę nowego dyrektora fikcyjnego Teatru Popularnego w Warszawie, Marcin Czernik, świetnie portretuje człowieka, który stara się sam wyciągnąć za włosy z szamba. Chociaż i jemu scenarzysta i reżyserka zostawili chyba trochę za mało miejsca na pokazanie, jak reżyser wrzucony na stanowisko przez intrygę urzędu miasta stara się wybić na niezależność.

No właśnie. Ilość czasu, którą dostają aktorzy jest niewielka. Ponieważ obserwujemy zbyt dużo wątków w zbyt krótkim czasie – choć wszystkie potencjalnie ciekawe – wszystko jest jakby emocjonalnie ściśnięte. Trudno się z postaciami związać. Jeżeli to miał być brechtowski dystans, to trochę nie wyszło.

Wszyscy chyba pracujący w i z instytucjami kultury docenią paradne karykatury typów, zwłaszcza „menadżera kultury”. Wrażliwe, jak czujnik w Mission Impossible ucho Demirskiego świetnie wychwytuje charakterystyczne zwroty. Całości dopełniają kostiumy. Jednak, co wspaniale się sprawdzało w Położnicach szpitala św. Zofii, gdzie moim ulubionym typem był tatuś-kowboj, na małym ekranie nie wystarczy. Nie chcę się zagłębiać w filozoficzne rozważania kulturoznawcze, ale fizyczna obecność aktora w jednej sali z widzem wpływa na odbiór dzieła. Inaczej obcujemy z postaciami: nie potrzebujemy tyle tła i opowieści, ponieważ one fizycznie stoją na scenie w ciałach aktorów.

W Artystach ten natłok przeszkadza. Zbyt wiele rzeczy jest naszkicowanych, zamiast porządnie namalowanych: gwiazdor serialowy nie ma osobowości, zazdroszczący mu młodszy kolega też nie bardzo; nie do końca trzyma się kupy wątek technicznego – dawnego kolegi dyrektora z osiedla. Strzępka i Demirski przyzwyczajeni do tego, że widz teatralny jest odbiorcą, powiedzmy, aktywnym, nie biorą pod uwagę tego, że ta sama osoba inaczej odbiera serial w telewizji.

Na pewno nie pomaga też serialowi pośpiech. Twórcy chyba wiedzieli, że na ośmiu odcinkach się skończy. Niestety szafy scenarzystów telewizyjnych wypełniają tony niepociągniętych wątków, zarzuconych postaci i intryg. Niezastosowanie zasady less is more doprowadziło do tego, że trochę nie wiadomo, co właściwie ten serial do nas mówi. Czy chce opowiadać o relacjach władza-sztuka? O rynku pracy? Być psychologicznym portretem środowiska? Jego karykaturą? Wszystko to się w Artystach znalazło i wszystko to koniec końców się ze sobą gryzie.

Miałem też dziwne uczucie, że serial został zrobiony przez znajomych dla znajomych. To, że grają aktorzy, z którymi duet współpracuje w teatrze, jeszcze rozumiem. Jerzy Dracz, Maria Maj (jako bufetowa), Dobromir Dymecki czy Jerzy Trela – to wszystko są znakomici aktorzy. Grająca księgową Agnieszka Glińska ma doświadczenie aktorskie. Ale przy reżyserach Janie Klacie i Bartoszu Szydłowskim zaczyna się robić ciężko. Tak zwane cameos, czyli udział celebryty w serialu to chwyt znany, który może być wykorzystany bardzo ciekawie. A na przykład serial Rickiego Gervaisa Statyści na udziale gościnnej gwiazdy w każdym odcinku całkowicie się opiera. Niemniej znów mamy tu zbytni pośpiech w upychaniu gościnnych gwiazd. Na tyle duży, że nawet nie pamiętam, kto gra zaprzyjaźnionego szefa straży pożarnej – chyba Daniel Olbrychski. I jeszcze jedno: ja rozumiem, że Maciej Nowak to zasłużony dyrektor Teatru Wybrzeże i Instytutu Teatralnego. Pomysł, żeby prezydenta Warszawy grał ten zwalisty człowiek o aparycji przywodzącej na myśl Józefa Oleksego skrzyżowanego z Doktorem z Powrotu do przyszłości wydawał się pewnie dobry. Ja mam jednak wątpliwości.

Reasumując: fajnie, że telewizja dała reżyserom teatralnym wolną rękę. Wydaje się jednak, że istnieje dobry powód dla którego większość hitów tworzą większe zespoły scenarzystów. Może gdyby Paweł Demirski pisał z kilkoma osobami, dałby się przekonać do ograniczenia ilości wątków, na czym serial by zyskał.

Może też przekonaliby go, by jakoś lepiej wykorzystać wątek duchów. Osobiście czułem się zawiedziony. No ale w końcu na smoki w Grze o Tron też trzeba było czekać.

Co nie znaczy, że nie czekam na drugi sezon. Szkoda, że coś takiego może zrobić chyba tylko telewizja publiczna. O TVN-ie i Polsacie nie warto wspominać. Dla HBO czy AXN to chyba jednak zbyt niszowe – za małe szanse na adaptację zagraniczną. Cóż, może dobre seriale zaczną powstawać z crowdfundingu. Oglądając Netflix będziemy trzymać kciuki.


Artyści, serial produkcji TVP
reż. Monika Strzępka

Jeden komentarz

  1. Seweryn, nie Olbrychski. 😉
    Dla mnie dwiema nie „emocjonalnie ściśniętymi” scenami były monolog umierającej aktorki z łóżka szpitalnego (końcówka odc. 6) i pogrzeb/stypa tej aktorki (początek odc. 7). I mam wciąż w głowie to, że chciałbym, żeby był drugi sezon i więcej takich odrywających się od głównej intrygi fabularnej scen. Szkoda, że nie będzie (najprawdopodobniej).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *