Nie dało się bez wieloryba?

Od dłuższej chwili zastanawiam się nad tym, jak ugryźć Króla. Zacząć od krótkiego streszczenia? Wtedy powtórzy się tylko to, czym karmi nas maszynka reklamowa Wydawnictwa Literackiego. Byłoby to przepisywanie z okładki. Okładki zresztą świetnej, stylizowanej na groszową przedwojenną powieść. To, co znajduje się pomiędzy tymi okładkami przedstawia pewne wyzwanie.

Na powierzchni Król jest książką sensacyjną: jest boks, jest seks, są mafijne porachunki. Akcja rozgrywa się na dwa lata przed wybuchem Drugiej Wojny Światowej w stolicy. Przedwojenną Warszawę stara się Twardoch pokazać wielowymiarowo: jako miasto posklejane z wielu mniejszych miejsc, mozaikę klasową i etniczną. Wszystkie szczegóły geograficzne, opisy lokali, słowem to, co tworzy klimat tworzą dekoracje wykonane z ogromną starannością.  A jednak mam wrażenie, że w tej robocie Stieg Larsson pozostaje niedościgniony.

Chyba jednak nie o sensację w Królu  chodzi. Świadczy o tym między innymi rytm opowieści. W kolejnych scenach i pomiędzy nimi pojawiają się refreny: powracające uwagi i refleksje narratora budujące dystans do akcji. Na tym poziomie umieszczone są rozważania o pamięci i tożsamości. Zważywszy, że Beckett napisał Ostatnią taśmę ładne kilkadziesiąt lat temu, medytacji o ciągłości biografii nie można uznać za specjalnie odkrywcze. Niemniej w czasach, w których, jak pisze Jonathan Crary, nasza pamięć jest nieustannie wystawiona na ataki, kiedy unicestwia się poczucie historii i trwania w wiecznym teraz podłączonego do sieci świata, problematyzowanie pamięci jest bardzo potrzebne.

Inaczej, niż w klasycznym kryminale czy powieści szpiegowskiej, jakim były na przykład wcześniejsze o kilka lat twardochowe Zimne wybrzeża, w Królu akcji nie popycha do przodu poszukiwanie mordercy. Czytelnik jest jednak wciągany coraz głębiej w dociekanie, kim główny bohater jest. Trzeba przyznać, że  w ten sposób, autorowi Morfiny udaje się dobrze manipulować emocjami i stosunkiem czytelnika do Jakuba Szapiro.

Wspominam o Zimnych wybrzeżach nie tylko po to, by chwalić autora, że „tak ładnie nam się rozwija, już bawi się formą”. Ciekawie jest przyjrzeć się, jak inne przesłanie polityczne płynie z tych książek. W kryminale, którego akcja umieszczona jest na Szpicbergenie dostajemy dużo rozważań o tym, jak wielkim złem był komunizm, gloryfikację Drugiej Rzeczpospolitej zestawianej ciągle z „szarym” PRL-em. Na dodatek niektóre z postaci narysowane są tak grubą kreską, jakby autor wzorował się na twórcach socrealistycznych produkcyjniaków.

W Królu przedwojenna rzeczywistość to już nie tylko tatarek, bale w Adrii (choć i tych klimatów nie brakuje) i panowie pułkownikowie czarujący piękne damy. Są żebracy, ulice są dziurawe, śmierdzi, a ludzie są brutalni. Demokracja jest mocno ograniczona, działa obóz koncentracyjny w Berezie Kartuskiej. Bieda i „wyspy Europy”, ekskluzywne kawiarnie i speluny. Ta Polska, opowiadana z perspektywy żydowskiej, widziana z Nalewek i Tłomackiego, nie daje się już sprowadzić do lśniącej cyfrowej rekonstrukcji. Nie pozwala się tak łatwo podniecać, że „przed wojną to było fajnie”. Znacznie bliżej jest tego, o czym przypomniał nam Filip Springer w swoich XIII piętrach: że to biedny kraj biednych ludzi, którzy gnieździli się w małych, drogich mieszkaniach.

A jednak jest ta przedwojenna Warszawa bardzo pociągająca. Chyba dlatego, że przedstawiona jest jako miasto, w którym ścierają się wyraziści bohaterowie. Miejsce, w którym, w przeciwieństwie do naszych relatywnie nudnych czasów ciągle coś się dzieje. Jest kusząca, jak kusząca była mroczna stolica ze Złego Tyrmanda.

Ale jest coś jeszcze. Nagromadzenie przemocy, bijatyk i strzelanin, co i rusz wybijane zęby, notorycznie obijane żebra – całe to nagromadzenie burd, które nie zakłócają jakoś specjalnie normalnego toku spraw, powoduje, że przemoc staje się oniryczna. Czytelnik dystansuje się od tych wszystkich razów, strzaskanych kości itd. Nie wiem, czy zabieg jest celowy. Czy Twardoch mówi nam, że starcia Bundu z ONR-em, PPSiaków z prawicą przypominają bokserski pojedynek, w którym owszem, można komuś złamać nos, ale ostatecznie to jednak sport: z sędzią, podziałem na rundy (nie wiedziałem, że przed wojną mówiło się na nie „koła”) i w rękawicach? A może po prostu zachodzi proces podobny, jak w wypadku telewizji powtarzającej drastyczne obrazy tak często, aż jesteśmy w stanie je oglądać nie zmieniając nawet tempa przeżuwania kotleta?

Wydaje mi się, że warto pochwalić książkę za spryt. W nostalgicznych dekoracjach dwudziestolecia, ukryte za sensacyjną formą, dostaje czytelnik wypowiedzi w naszych współczesnych debatach. Mam za to do autora jedno pytanie. Być może wynika ono z mojej niechęci do elementów onirycznych, pewnie jestem ignorantem nie rozumiejących doniosłej symboliki (kojarzy mi się to z tym). Wiem, że rzecz, o którą chcę spytać ułatwia piszącemu pracę. Ale muszę:
panie Twardoch, naprawdę się nie dało bez wieloryba?

Szczepan Twardoch Król

Wydawnictwo Literackie, Warszawa 2016

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *