Lekcje z sylwiomanii

W ciągu ostatniego roku często powracał do mnie problem języka, w jakim prowadzimy debatę publiczną. Brak precyzji pojęć wśród tak zwanego komentariatu znacząco utrudnia dyskusje. Jest oczywiście zła wola, cynizm i interesy. Żadnego z tych czynników nie wolno ignorować. Jednak niechlujność w stosowaniu pojęć, skrótowość opisu oraz wszechobecny infotainment są symptomami wirusa, który poważnie upośledza zdolność społeczeństwa do rozumienia procesów, w których uczestniczy. Wirusem tym zarażone są media prawicowe (bo inaczej dziennikarze kilku tytułów dawno umarliby ze śmiechu lub wstydu określając się słowem „niepokorny”, choć chyba powoli się od tego przydomka dystansują), jak i liberalne. Przebieg choroby jest nieco inny, ale patogen ten sam.

Jasne, że na informacji można zarobić. Wszyscy wiemy o zmierzchu papierowej prasy i tak dalej. Niemniej publikowanie pewnych treści dla czystej klikalności nadal budzi pewien sprzeciw. Wobec tego koncerny medialne starają się przynajmniej udawać, że się nim przejmują i często tworzą „lżejsze” wersje swoich portali. To, co pojawia się w części poważniejszej można traktować jako treść, na którą redakcja miała wpływ.

W tym kontekście chciałbym się zastanowić, co nam mówi decyzja redakcji Wysokich Obcasów, dodatku do Gazety Wyborczej, by opublikować (albo stworzyć) list pani Sylwii, który wzburzył środowiska lewicowe. Przypomnijmy najpierw, skąd to oburzenie. List jest wyrazem frustracji autorki, która czuje się pozostawiona samej sobie i uderza na oślep. Jeśli poczytać przedwyborcze analizy, pani Sylwia wpasowuje się w figurę wyborcy Trumpa: za swoją sytuację wini grupy Innych, którzy ciągle coś dostają „za darmo” podczas, gdy ona się zaharowuje. W liście dostaje się emerytom, którzy rzekomo głosowali na PiS (wszyscy?), mitycznym nierobom balującym za 500+ czy, chyba równie mitycznym, bezzębnym paniom dłubiącym tipsem w nosie. Autorce dostało się już za pogardliwy ton, ignorowanie faktów – jak tego, że pieniądze z programu 500+ przepijane nie są, co już pokazują badania oraz dziwne powiązanie łączące wypłatę świadczeń z poglądami politycznymi. Co bardzo ciekawe, pani Sylwia – albo osoby, które panią Sylwię wymyśliły – określa się jako „lewaczka”.

I za to dostało się jej również bardzo mocno. Sporo komentujących list zwracało uwagę, że pogarda nie jest lewicowa. Słusznie. Zasadnie też wytknięto, że o przynależności do lewicy nie decyduje ani „czytanie książek” czy wykształcenie – jest to zresztą założenie bardzo dziwaczne, bo w końcu osoby o poglądach konserwatywnych i prawicowych także książki czytają, czemu raczej trudno zaprzeczyć. O przynależności tej nie decyduje też liberalizm światopoglądowy czy niechęć do Kościoła Katolickiego. Nieochrzczenie dziecka przez korwinistycznego przedsiębiorcę, który wyzyskuje pracowników nie czyniłoby zeń lewicowca chyba nawet w jego oczach.

Łukasz Drozda w swojej książce Lewactwo przypomina, że termin ten został ukuty w czasach stalinizmu do atakowania nieprawomyślnych odłamów lewicowej myśli. Przypomnijmy jednak, że obecnie jego znaczenie zostało mocno rozciągnięte. „Lewakiem” może być w oczach reakcyjnej prawicy także konserwatywny liberał. Sądzę także, że w tym sensie słowa „lewaczka” użyła pani Sylwia lub osoby, które panią Sylwię wymyśliły. W związku z tym atakowanie jej z pozycji „prawdziwej lewicy” ma sens o tyle, o ile chce się „lewaka” odzyskać dla lewicy. Kibicuję tym wysiłkom, ale czy uda się znaczenie tego pojęcia zawęzić znów do przedstawicieli lewicy, o ograniczeniu jego stosowania do lewicy radykalnej czy niekomunistycznej nie wspominając – w to wątpię.

Nie to jest jednak w tym liście najciekawsze. Najciekawsze jest pewne pomieszanie, które nastąpiło po jego opublikowaniu. Odpowiedzi raczej skupiały się na tym, by wykazać, że pani Sylwia (prawdziwa czy zmyślona) na pewno ma dobrze. Nie dziwię się: i mój pierwszy odruch był taki. Na pewno listowi nie pomógł passus o tym, że zamknięcie sklepów w niedzielę niechybnie sprowadzi na panią Sylwię i jej rodzinę głód, który jest w moim odczuciu dość poważnie kuriozalny.

Nie znaczy to jednak, że list ten nie dotyka istotnej kwestii. Klasa średnia, zwłaszcza niższa klasa średnia czuje się opuszczona. Za bogaci na zasiłek, za biedni na fajne życie. W tej pustce pomiędzy przyzwoitymi zarobkami, a sferą, w której zaczyna się mizerna i warunkowa pomoc państwa też żyje się ciężko. Czy osoby o lewicowych poglądach nie zgodziłyby się z panią Sylwią, że 500+ powinno zostać rozciągnięte na pierwsze dziecko? Czyż warunkowanie pewnych świadczeń dochodem nie jest problematyczne? Ten list jasno pokazuje problemy, jakie rodzi pokawałkowany, ograniczony welfare: osoby go otrzymujące są piętnowane, a jednocześnie zazdrości się im, że dostali coś „za nic”. Czyż osoby poczuwające się do prawdziwego lewactwa nie powinny raczej poczuć z panią Sylwią (a może i z hipotetycznymi osobami, które ją wymyśliły) więzi?

Sądzę, że intencją, która stała za opublikowaniem listu było wywołanie kolejnej fali wzburzenia przeciwko tym złym pisiorom, co rozdają pieniądze i bałamucą emerytów. Ależ byłoby wspaniale, gdyby efektem była dyskusja o tym, jak sprawić, by takie przemęczone Sylwie przestały toczyć pianę z ust na widok bezzębnych tipsiar, dzieciorobów z piwkiem i na kim tam jeszcze może swoją złość wyładować ktoś, kto bardzo nie chce być rasistowskim nacjonalistą. A zamiast tego pozyskać te wszystkie zmęczone Sylwie dla lewicy. Może przedstawić sposoby na to, by samochód na kredyt nie był jedynym sposobem ucieczki z pułapki 60 metrów? Żeby bycie niewolnikiem banku przez 40 lat nie stanowiło jedynej opcji zdobycia mieszkania? A może są jakieś inne alchemiczne procesy zamieniające „lewaczki” w członkinie lewicy?

Pomyślmy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *