Triumf życia w teatrze

Nie jest mi łatwo pisać o spektaklu Wszystko o mojej matce Michała Borczucha. Spektakl, który jest prawie rówieśnikiem mojego synka, doczekał się już dobrych i ciekawych recenzji. Jeśli ktoś szuka informacji o tym przedstawieniu – odsyłam do nich. Sam czuję potrzebę, żeby o nim napisać, ale dla siebie. Potrzebę biorącą się chyba, z braku lepszego słowa, z wdzięczności. Były momenty, że się wierciłem. Ale od razu po wyjściu z teatru wiedziałem, że Wszystko o mojej matce będzie do mnie wracać.

Możliwe zatem, że nie jest to ostatni raz, kiedy piszę o tym spektaklu. Wobec czego z czystym sumieniem pozwolę sobie pominąć wątki mniej dla mnie ważne. Zaznaczę tylko od razu, że jeśli ktoś szuka ciekawego spektaklu, który wyciąga na światło dzienne sam teatralny warsztat i czyni tematem język teatru – może śmiało uderzać na spektakl Borczucha.

Nie jest mi łatwo pisać o tym przedstawieniu przede wszystkim dlatego, że chcąc przekazać, czemu jest to tak dobry kawałek teatralnej i literackiej roboty, bardzo trudno jest nie wpaść po uszy w banał. Być może nie należy się tego obawiać? W końcu sztuka polega na tym, by wciąż na nowo przypominać proste prawdy. Dobro i zło, życie i śmierć – to są tematy, które nie znikną, dopóki ludzkość nie zostanie zdmuchnięta z powierzchni Ziemi przez wywołane przez siebie kataklizmy. Będziemy je opowiadać i pokazywać wciąż na nowo. Bo wiedzieć to jedno, ale zrozumieć – to inna rzecz. I temu służy właśnie książka. Temu służą scena i ekran: zaproszeniu innych do zrozumienia.

Jest to strasznie trudna materia. Wiele rzeczy może stanąć na drodze. Jeśli chodzi o teatr, komuś może przeszkadzać ekspresja aktorów, konwencja, dekoracje czy Bóg wie co jeszcze. Ale jak działa, to działa. Na mnie zadziałało. Może zadziałało tylko dlatego, że akurat tego potrzebowałem? Przez ostatni rok bardzo rzadko chodziłem do teatru, prawie wcale. Może dlatego, że sporo czytam ostatnio o wojnie? Ja widzę w spektaklu Borczucha przede wszystkim wyznanie wiary w życie. Śmierć jest częścią cyklu. Jest dla żyjących. Co oznacza tyle, że stracie trzeba się przyglądać z uwagą. I to twórcy spektaklu robią.

Reżyser Michał Borczuch stracił matkę – Zofię, kiedy miał siedem lat, w 1986 roku. Krzysztof Zarzecki, jego współpracownik i przyjaciel, stracił swoją matkę, Krystynę, kiedy miał lat dziewiętnaście. Obie umarły na raka. Spektakl jest poszukiwaniem ich obrazu, trochę też godzeniem się z niemożliwością przywołania ich samych.  Jednocześnie jest bardzo osobistym, choć złagodzonym humorem, zapisem reakcji na stratę. Ale robi też coś więcej – czyni tematem teatralnym dwa nieteatralne życia. Pokazuje, jak czyjeś zwykłe życie, jak dwie „zwykłe kobiety”, co podkreśla się w spektaklu kilka razy, zostawiają po sobie ślad. Ale też ile w ich życiu mimo wszystko tkwi tematów.

W żadnej z części nie powierzono roli matek pojedynczej aktorce. W obydwu zostało nimi obdarzone kilka kobiet. Zabieg wart odnotowania.

W pierwszej części, osnutej na historii Zofii, która pracowała w fabryce perfum dostajemy genialny monolog o błękicie pruskim. W historii wynalezienia tego koloru, jego zastosowań w kosmetyce i budownictwie, wątki łączą się niemal magicznie. Chwilę później na scenę wychodzi aktorka odgrywająca Zofię, która jednak nie umarła. Stara Zofia przez dobre kilkanaście minut narzeka. Widz wciągnięty zostaje w grę „co by było gdyby” i w dziwny sposób zmuszony do uznania, że mimo cierpienia, które przeżywałaby hipotetyczna stara Zofia – zwykła, nudna, stara kobieta (myślałem o swoich babciach w trakcie trwania tej sceny) na pewno lepiej, że jest, że nie umarła. To był pierwszy moment tryumfu życia. Drugim sygnałem, że o życie tu idzie, jest fakt, że w części drugiej, poświęconej Krystynie „scena pożegnania” nad którą pracuje Reżyser z Aktorkami pojawia się tylko jako fantom – głosy z offu. Całość zamyka wspaniały monolog-oddanym-komu-innemu. Wcześniej część druga przerywana jest nagraniami, w których Marta Ojrzyńska opowiada o swojej ciąży. Tuż przed monologiem opowiada o porodzie. I to włączenie dziecka w cały proces, pokazanie nowego życia jest, uważam, strasznie ważne. Jedziemy dalej – mówi się widzowi.

Nie wiem, jak skończyć. Dobry był ten spektakl, no.

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *