O czym nie pisałem

Wczoraj znajoma artystka mając trudności z umiejscowieniem mnie w swojej dość rozmytej alkoholem rzeczywistości spytała mnie, czy ja coś piszę. Pytanie to kazało mi się skonfrontować z przykrym faktem, że właściwie to nie. Próby literackie na dobre ugrzęzły ze dwa lata temu. Do obiecanej Nowym Peryferiom recenzji Sympatyka Viet Thanh Nguyena nie jestem w stanie się zabrać. Ostatni tekst zaproponowałem Tygodnikowi Powszechnemu w listopadzie. Przyspieszona od wyborów polska rzeczywistość mija mnie, jak TIR pieszego na poboczu drogi wojewódzkiej. I nic z tego nie udaje mi się tego przenieść na bloga.

W moim życiu ostatnio sporo się działo. Bywa  – i tak jest w tym przypadku – że dzianie jednoznacznie negatywnie wpływa na możliwość pisania. Na temat relacji wydarzeń i ich opisów powstały całe tomy. Dyskusja o tym, jaka dawka życia wystarczy osobie piszącej do pozyskania materiału prędko się nie skończy. Nie sądzę, żebym miał tu coś ciekawego do dodania. Swędzi mnie tylko długa przerwa w mojej blogowej aktywności. Boję się, że zardzewiałem.

Wstydzę się tego bezruchu. W końcu jeśli już ktoś śmiał kiedyś usiąść do klawiatury i mniej lub bardziej nachalnie narzucać się czytelnikom, powinien traktować się poważnie. Nie przestawać, być twardym i uparcie forsować interesujące dla siebie tematy kompletnie znudzonej publiczności. Zwłaszcza jeśli uwierzy się w wartość dialogu i oryginalnego spojrzenia. Pisanie, które nie jest skierowane do żadnego z dwóch napieprzających się plemion można potraktować jako istotną misję. W końcu siedzimy w komorze śmietnikowej, a ściany zaczynają się do siebie zbliżać. Z jednej strony gniotą Newsweek z Gazetą Wyborczą i Polityką, z drugiej napierają fantaści prawicy i ich upasione na publicznych ogłoszeniach media. Może i ścian nie uda się zatrzymać, ale w oczekiwaniu na nieuniknione można będzie poczytać coś ciekawego.

Bardzo żałuję, że przejechał mi przed nosem temat Puszczy Białowieskiej. To bardzo ciekawa dyskusja. A wymyślenie przez rządzących śpiewki o tym, że ktoś musiał UNESCO wprowadzić w błąd to smakowity kąsek. Naprawdę jestem pod wrażeniem tego, jak bardzo PiS jest w tym momencie na fali. Żadna strategia powstrzymywania nie działa. Przez lata w polskiej polityce znakomicie się miało odwoływanie do międzynarodowych instytucji jako instancji, które kończą dyskusję. Wszak nawet PiS lubił czasem nanieść trochę krajowych sporów w brukselskie korytarze. Na dobre i na złe – już nie kończą. Szkoda, że się spóźniłem, bo napisałbym o tym coś więcej.

Przegapiłem Trumpa, chociaż przecież smakowitym kąskiem są podobieństwa między jego zwycięstwem a tryumfem PiS. Nie mówiąc o tym, że warte odnotowania jest podniecenie, jaki część prawicowych mediów odczuwa na widok prezydenta USA. Jak to ktoś napisał na facebooku, jest to ciekawe, ale w sumie nic nowego się nie wydarzyło: tubylcy dostali paciorki i bardzo się cieszą.

Miałem szczerą nadzieję, że ostatnie wybory wyznaczać będą koniec duopolu. Niestety dołączenie do konstelacji gwiazdy Petru niczego w zasadzie nie zmienia. Wypadałoby zatem śledzić, jak wszyscy gracze wykonują kolejne rozpaczliwe ruchy, chociaż widać, że rozgrywka jest dawno rozstrzygnięta. Niestety, chociaż jest fascynujące, jak sieroty po „Solidarności” gubią się wykraczając poza horyzont lat 90., nie znajduję czasu, by inteligentnie punktować tych wszystkich przekonanych o własnej nieomylności 50-latków.

Ciągle nie mogę się zabrać do porządnej analizy dziesięciu lat działalności panów Władyki i Janickiego, których fobia prawicy i samospełniające się przepowiednie skutecznie pokrywają wszelkie próby poważnego namysłu nad naszą sceną polityczną. Podziwiam skonstruowanie epitetu na tę część komentariatu, która starała się nie ulegać zbiorowej histerii. Pojęcie „symetrysty” jest przykładem fenomenalnej zdolności liberalnego establishmentu do wymyślania pozornie opisowych kategorii służących do smagania nieposłusznych. „Symetrysta” jest o tyle genialny, że w przeciwieństwie do „ciemnogrodu” i innych tego typu określeń niesie w sobie obietnicę wybaczenia dla zbłąkanych owieczek, które śmiały podejść do kwestii politycznych analitycznie zamiast razem z Lisem, Władyką i Janickim krzyczeć całe dnie, że Kaczyński to Hitler. Jako osoba, która nie odczuwa podniecenia ani na myśl o konserwatystach z PO, ani na myśl o konserwatystach z PiS, ani na myśl o ekonomicznych sentymentalistach z Nowoczesnej, ani faszystach od Kukiza czuję, że bycie tym całym symetrystą to może być obiecujące. Jeżeli bycie symetrystą oznacza dostrzeganie, że „obrona Konstytucji” przez liberałów jest co najmniej problematyczna, jeśli nie po prostu śmieszna, a jednocześnie strach przed konsekwencjami rozwalania procedur, to chyba w sumie jest to coś dla mnie.

Wszystko to przeciekło mi przez palce. A przecież można było chociaż napisać o tym, że indyjski rząd strzela do protestujących rolników. Albo skomentować artykuł o „lectureporn”. No nic.

Liczę na to, że sytuacja prędko się nie poprawi i nadal będzie o czym pisać. Myślę, że się nie zawiodę.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *