Starość kontra rzeczywistość

Jest mi strasznie przykro, bo należę do straconego pokolenia. Do pokolenia, które nie ma prawa dyskutować z 50-latkami. Rozumiem siłę przyzwyczajenia, przekonanie o własnej wielkości. To są ludzkie ograniczenia. Czego nie rozumiem, to jak można czynić z nich cnotę? Dlaczego ludzie rozprawiający o demokracji nie chcą robić, czegoś, co zapewnia jej działanie: rozmawiać? Być może dlatego, że wtedy trzeba by zmienić zdanie.

Manewr PiS-u, którego celem jest wywarcie przemożnej presji na środowisko sędziowskie, manewr grożący wszelkim prawdziwym i urojonym przeciwnikom władzy tym, że zostaną pozbawieni ochrony prawnej, słusznie wzbudził protesty. Ja na przykład wolałbym, żeby moją sprawę oceniał ktoś bezstronny. Proponowane przy okazji reformy Sądu Najwyższego każą się bać, czy będzie to możliwe. Ludzie są tylko ludźmi. Niektóre instytucje pozwalają im wykorzystywać umiejętności dla wspólnego dobra, inne są zaprogramowane raczej na osiąganie doraźnego celu i określonych zachowań. Osobiście boję się, że proponowana zmiana uczyni z polskich sędziów, środowisko niegrzeszące specjalną prawością (co pokazują choćby wyroki w sprawach reprywatyzacyjnych) marionetki władzy wykonawczej.

Są takie sytuacje, w których nie powinno być żadnych wątpliwości. W kraju szczycącym się demokracją, instytucja, która zatwierdza wynik najważniejszej procedury – wyborów powszechnych, powinna być traktowana z najwyższą ostrożnością. Zmiany powinny być wprowadzane przy zgodzie różnych sił politycznych. W końcu temu system wolności politycznych służy: skanalizowaniu konfliktów społecznych oraz wtłoczeniu gry interesów w określone ramy, by zapobiec przemocy. To, że procedury same są przedmiotem gry politycznej zawsze jest niebezpieczne, nawet jeśli jest to gra ordynacją wyborczą i manipulowanie granicami okręgów, te „niewinne” igraszki każdej dotychczasowej władzy. Tak gwałtownego manewru mającego na celu radykalną zmianę, (nieważne, czy planowaną w dobrej wierze, czy jako element cynicznej gry o władzę) instytucji, która stwierdza ważność wyborów i trzyma pieczę nad finansowaniem partii jeszcze nie było. Moim zdaniem jest się, o co obawiać.

I tuż za tym stwierdzeniem zaczynają się schody. Zwolennicy obecnej władzy w rodzaju Davida Wildsteina wysuwają bowiem od razu zarzut, że nie chodzi o żadne ideały, tylko obronę interesów. I trudno mi się w pewnym stopniu nie zgodzić: chciałbym, żeby moje interesy jako obywatela były chronione. Co więcej zdaję sobie sprawę z faktu, że sądy działają opieszale, a wyroki bywają kuriozalne i często wydawane w interesie silniejszego. Proponowane rozwiązania nie gwarantują w moim przekonaniu rozwiązania żadnego z tych problemów. A więc nie mogę się czuć częścią plemienia Dobrej Zmiany.

Nie odnajduję się jednak także w tryskającym samozadowoleniem środowisku liberalnych komentatorów. Ani Adam Michnik ostrzegający przed „smrodem”, ani Tomasz Lis, Grzegorz Schetyna i Ryszard Petru nie mają ochoty wyjść poza epitety.  Blok ten uparł się, by iść w zaparte. Zajęci utwierdzaniem się o własnej nieomylności komentatorzy nie mają czasu pomyśleć, co sprawiło, że ten obóz przegrał wybory, a w sondażach ma się mocno średnio. A po wysłuchaniu godzin rozmów w TOK FM i setkach stron POLITYKI i Wyborczej nadal nie wiem, co to znaczy w praktyce, że „demokracja jest w Polsce słabo zakorzeniona”.

Dla osób należących do mniejszości takich, jak ja oba bloki żywią wyłącznie pogardę. W wypadku obozu obecnej władzy jest to przynajmniej zrozumiałe. Prawica postuluje jedność, warunkiem akcesu do wspólnoty jest deklaracja ideowa. Jeśli ktoś nie spełnia kryteriów, nie może liczyć na łaskawe potraktowanie. Jako nie-katolik jestem z gruntu podejrzany, do czego zdążyłem się przyzwyczaić. Może dlatego zawsze bardziej problematyczne były dla mnie strategie wykluczania w obozie „liberalnym”. A polskie centrum potrafi wykluczać znakomicie, mimo retoryki tolerancji i demokracji.

Symptomatyczny jest tu przykład publicystyki Mariusza Janickiego i Wiesława Władyki. Moim marzeniem jest znaleźć kiedyś czas na porządną analizę ich publicystyki na przestrzeni ostatnich dwóch dekad. Przez ostatnie dziesięć lat panowie twardo walczyli z PiS-em, chociaż rządziła Platforma. Ich ostatni artykuł zasługuje na dokładną analizę, teraz jednak chciałbym tylko docenić umiejętność tworzenia epitetów.

Osoby wskazujące na fakt, że istnieje logiczny związek pomiędzy polityką polskiego państwa w czasie dwóch kadencji Platformy Obywatelskiej, a zwycięstwem PiS-u w 2015 roku nazywa się „symetrystami”. Symetrysta, o ile rozumiem, to ktoś, kto nie uważa partii Jarosława Kaczyńskiego za wcielone zło, ale stara się zrozumieć, czemu prawie połowa rodaków uznaje ją za atrakcyjną opcję. „Symetryści – piszą autorzy – to ta część nominalnej opozycji, która programowo nie zgadza się na duopol PiS i Platformy, podział na dwa plemiona”. To ja. Czego więc mogę się o sobie dowiedzieć?

Ja i koledzy symetryści „w tym całym swoim progresywizmie paradoksalnie stają się anachroniczni, kompletnie nie rozumieją dzisiejszych czasów, kryteriów politycznej skuteczności oraz tego, co się stało z polskim społeczeństwem w ostatnich kilku latach”. Rzeczywiście, nie rozumiem, co mi da prezydent, który ubiegając się o reelekcję jest w stanie zorganizować referendum mogące potencjalnie zmienić całkowicie system wyborczy. Co mi da opozycja, która przejmuje ksenofobiczny język władzy? W swoim progresywizmie nie widzę tu politycznej skuteczności. Dalej naiwnie sądzę, że polityczna skuteczność to także możliwość przeforsowania własnego języka i poglądów.

A w cieniu rosnącego PKB nawarstwiło się sporo problemów. Czy to sprawka złego czarnoksiężnika, że w moim pokoleniu umowy o pracę, a razem z nimi ubezpieczenia zdrowotne i płatne urlopy to raczej wyjątek, niż reguła? Czy to za sprawą krasnoludków w mniejszych miejscowościach poznikały przychodnie i szpitale? Baba Jaga zamykała szkoły i komisariaty policji, stacje i połączenia kolejowe? Czy to Pan Twardowski sprawia, że tak trudno jest w Polsce o własne mieszkanie? O ile mnie pamięć nie myli, jest to raczej wynik zaniechań i błędnych założeń poprzedniej władzy. Władzy, która nie miała specjalnie ochoty o nich rozmawiać. A dojście PiS do władzy ma związek właśnie z nimi.

Nie jest tak, że zwycięstwo opozycji „przywróci normalność” (co to jest normalność?). To jest przecież ta sama opozycja, która otworzyła furtkę do majstrowania przy Trybunale. Ta sama opozycja, która nie kiwnęła palcem w sprawie morderstwa Jolanty Brzeskiej. Ta sama opozycja, która może ładnie pachnie wodą kolońską, ale w swoim pragmatyzmie zapomniała o prawdziwych ludziach i ich codziennych problemach. I tym samym wyniosła PiS do władzy.

Tak, nastanie obecnej władzy jest logiczną konsekwencją polityki Balcerowicza i jego kontynuatorów. Po tym, jak solidarnościowe elity zdradziły postulaty socjalne, nastąpił zwrot na prawo. Wobec ekonomicznej niepewności odwołanie do wspólnoty narodowej daje niezbędne ludziom poczucie przynależności i bezpieczeństwa. Gdyby wcześniej tego bezpieczeństwa im nie odebrano, siły głoszące ksenofobiczne hasła nie miałyby takiej łatwości w zdobywaniu poparcia. I tu jest pies pogrzebany.

Władyka i Janicki piszą, że z punktu widzenia symetrysty „nie ma o co z kim z przekonaniem walczyć, bo każdy jest trochę dobry i trochę zły. PiS zniszczył trójpodział władzy, ale dał 500 plus. (…) kiedy wszystkie wartości są równoważne i wymienne, nie ma w nich żadnej hierarchii – polityka traci sens”. Niewątpliwie, jeśli wszystkie wartości są równoważne i wymienne – na przykład jednego dnia ceni się wartość ludzkiego życia, a drugiego przejmuje antyimigrancką retorykę – polityka traci sens. Władyka i Janicki nie są w stanie zrozumieć prostej prawdy: że w demokracji ktoś może postrzegać te same wartości inaczej. W wypadku symetrystów w sposób mniej abstrakcyjny.

Bo osobiście sądzę, że upominanie się o prawa pracy jest ważną częścią demokratycznego porządku (nawet w USA zauważają ten problem). Tak samo, jak walka o przestrzeganie 2 art. Konstytucji, gdzie mowa jest o „urzeczywistnianiu zasad sprawiedliwości społecznej”. A może gdyby poprzednie władze nie traktowały Ustawy Zasadniczej, jak menu w restauracji, obecny spór w ogóle nie miałby miejsca.

Niestety o tym wszystkim znów rozmawiać nie będziemy. Zamiast tego opozycja zaprezentuje nam taniec brzucha Petru, Frasyniuka i Schetyny. Na kolejnym wydarzeniu rozdawane będzie specjalne wydanie „Wyborczej”, a Adam Michnik porówna Kaczyńskiego do Hitlera zastrzegając się, że oczywiście tego nie robi.

Jak to mawiają w amerykańskich serialach: what could possibly go wrong?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *