Tylko straszyć?

Przepraszam, że będzie trochę o zeszłorocznym śniegu. W piątek przeczytałem tekst, w którym redaktor Stanisław Skarżyński zachęcał każdego, kto tylko może do protestowania przeciw pisowskiej reformie sądownictwa. Zrobił to jednak w sposób cokolwiek dziwny.

Zacznę od tego, z czym się zgadzam: protesty na ulicach są ważne. Nawet bardzo ważne. Wolność zgromadzeń to jedna z najbardziej istotnych wolności. Jak najbardziej popieram apel, żeby kto żyw wybył na ulicę. Czemu nie? Nie zgadzasz się na coś – wychodź. Byłem i na takich manifestacjach, gdzie było kilka osób. Nie wiem, na ile w decyzji Prezydenta o zawetowaniu ustaw istotna była mobilizacja, ale liczę, że chociaż pomogła przechylić szalę.

Mam ogromny problem z taktyką mobilizowania ludzi przez Wyborczą. W pierwszym rzędzie zadziwia mnie brak konsekwencji. To w końcu jest Kaczyński dyktatorem i szaleńcem? Czy jest wybitnym strategiem? Wszystkiego po trochu? Widzieliśmy w Sejmie jego emocjonalny wybuch. W końcu potwierdziło się, że prezes rządzącej partii wierzy, że politycy Platformy Obywatelskiej spiskując z Rosjanami są odpowiedzialni za śmierć jego brata. Jeżeli, jak chcą liberalni publicyści, Prezes PiS dzierży taką władzę, to co go powstrzyma przed spacyfikowaniem „dwudziestoletnich ubeków”, jeśli tylko zaczną być – w przekonaniu rządzących – poważnym zagrożeniem? Jeśli mamy do czynienia z władzą, która jest przekonana, że ratuje kraj przed mordercami gotowymi spiskować z obcym mocarstwem, to dlaczego nie miałaby sięgnąć po nadzwyczajne środki? Bo jeśli tak wygląda sytuacja z punktu widzenia PiS – to od dawna mamy do czynienia z wojną domową. I dla dobra kraju trzeba wypalić gorącym żelazem wszelkie siły, które sprzyjają zdrajcom.

Tymczasem autor tekstu zachęca nas do wyjścia przekonując, że nic nam nie grozi. A jeśli spływające do ministra Błaszczaka „raporty policji z całej Polski brzmieć będą jednakowo: „tylko od kultury demonstrantów zależy rozwój sytuacji, siły policyjne są zbyt małe, by zagwarantować porządek, potrzebujemy wsparcia””, to znaczy, że nie da się przekonać „przypadkowego społeczeństwa” (cytat z liberalnej publicystyki lat 90.) i może jednak trzeba je – dla jego własnego dobra – spacyfikować? No to w takim razie coś nam grozi. Czy autor sugeruje, że gdyby sytuacja eskalowała, to jednak należy zostać w domu? A może ma rację? Tylko co to za mobilizacja?

Gazeta Michnika stara się, by żadną miarą spór, który się toczy nie przerodził się w poważniejszą dyskusję. Wygląda, że ostatnie, czego chce, to zdaje się poważniejsza refleksja nad tym, jak dotarliśmy do tego momentu. Zamiast tego oferuje specjalne dwustronicowe wydanka na manifestacje, w których, jak mi powiedziano, są także praktyczne porady, jakie knajpy są najbliżej. Nie chcę być źle zrozumiany: jak się gdzieś sterczy, to ważne, żeby móc się wysikać i coś zjeść. Niemniej Wyborcza nie widzi, że włączając się w ten sposób w protest szerszy, niż jej środowisko i sympatycy sabotuje całą sprawę. Zeszła niedziela to dobry przykład. Łatwo jest mediom rządowym przedstawić całe zgromadzenie, jako inspirowane przez „tych samych, co zawsze”.

Nie podobało mi się, że to kolejny tekst pisany z wyższościowej perspektywy. To poczucie wyższości nad „zestrachanymi”! Na marginesie, sądzę, że władza zawsze się boi. Ale czy partia, której od obecnych protestów poparcie w sondażach spadło o 1% naprawdę ma się czego obawiać? Czy wieczorne żałobne msze ze świecami, to jest coś, od czego włos jeży się na głowie? Nie sądziłem dotąd, że w tych protestach chodzi o zasianie lęku w Jarosławie Kaczyńskim. Myślałem, że chodzi jednak o obronę reguł.

A jeśli chodzi o strach, to na razie wygląda na to, że boi się opozycja. Słusznie. Każdy powinien się bać pozbawionego hamulców państwa. Sądy to nie był jedyny hamulec (może nawet nie najważniejszy). Dziwnie łatwo poszło z wszystkimi innymi.

Wyjątkowo optymistycznie podchodzi do tego Marek Tejchman z Dziennika Gazety Prawnej. W swojej analizie, Tejchman wyrasta na głównego symetrystę. Najpierw przytacza głosy konserwatywnych intelektualistów (np. członków Ordo Iuris), którzy krytykują rządzącą partię za wprowadzanie ustaw o Krajowej Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym. A potem przypomina, że upadek Platformy zaczął się, kiedy odwróciło się od niej zaplecze intelektualne. Według wice-naczelnego DGP to samo przydarzyło się właśnie teraz PiS-owi: wkroczył na drogę populistycznej partii władzy, której jedynym prawdziwym motorem jest jej zatrzymanie. Chociaż nawet w tym artykule dopuszcza się myśl, że upadek nastąpi za lat 20. Bardzo możliwe, zważywszy na fakt, że głównym siłom opozycji także brak takiego zaplecza. Ich program sprowadza się do „powstrzymania PiS”, ale w imię czego – ciągle naprawdę nie wiadomo. PO w trakcie swoich rządów pokazała, że procedury można bezkarnie giąć. Nowoczesna swoim programem neguje społeczne artykuły Konstytucji (i to szalenie wzruszające pierwsze zdanie Preambuły).

Prezydent zapowiedział, że zawetuje ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym. Presja społeczna na pewno pomogła. Ale ważniejsze jest pytanie, czy ten protest rzeczywiście trwale zmobilizuje obywateli? Chociaż mam wątpliwości, to bardzo liczę, że tak.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *