Cięcie węzła

O patologiach reprywatyzacji powiedziano już chyba wszystko. Nigdzie chyba logika polskiej transformacji nie ujawniła swojej boskiej arbitralności tak wyraźnie, jak w przypadku mieszkań. Nigdy nie odbyła się żadna dyskusja na temat systemu. Przyjęto, i to milcząco, pewien model i kurczowo się go trzymano. Bez względu na ofiary. A teraz partia Jarosława Kaczyńskiego postanowiła przeciąć ten gordyjski węzeł.

Choć na ostateczny kształt ustawy przyjdzie nam jeszcze poczekać, trudno nie docenić, że PiS schylił się po kolejny zostawiony odłogiem przez inne duże partie temat. Chociaż problem mieszkalnictwa zdecydowanie nie sprowadza się do problemu reprywatyzacji, przecięcie wrzodu narosłego wokół terenów objętych dekretem Bieruta byłoby dużym osiągnięciem.

Warto może przypomnieć, że system mieszkalnictwa oparty na silnych regulacjach i interwencji państwa jest w zachodniej Europie normą. Ba – funkcjonuje też w niektórych metropoliach USA. W Polsce mieszkalnictwo to czysty interes. Całość działa wedle logiki własności, a nie użyteczności. Tak, jakby celem polityki bądź co bądź mieszkaniowej nie było zapewnienie możliwie dużej grupie ludzi dostępu do lokalu po cenie, która nie pochłania absurdalnej części dochodów. Bo i chyba nie jest. Dla porządku przypomnijmy, że poprzedni rząd PiS także widział w powszechnej własności jedyne rozwiązanie kwestii mieszkań. Choć wykup po promocyjnej cenie wielu ucieszył, problemów rozwiązać nie był w stanie. Choćby dlatego, że tak, jak w wielu obszarach polskiego życia społecznego mamy do czynienia z hybrydowym systemem, za który koniec końców nikt nie chce brać odpowiedzialności. Sytuacji nie da się zmienić częściowymi działaniami i ułomnymi programami. Potrzebna jest spójna polityka, ale to temat, który z ulgą zostawiam Filipowi Springerowi i Beacie Siemieniako.

Przypadkowość i arbitralność, gąszcz sprzecznych interesów w połączeniu z wolnorynkowym dogmatyzmem, jeśli nie samych decydentów, to przynajmniej ich środowiska sprawiły, że przez ponad ćwierć wieku, „dwadzieścia pięć lat wolności” rosły niesprawiedliwości. Lokatorzy wkładający całe życie w swoje mieszkania, inwestujący w nie z własnych pieniędzy nagle dowiadywali się, że są intruzami. Osoby, które własnościowe mieszkanie zamieniały na kwaterunkowe, ponieważ przed 1989 rokiem nie miało to znaczenia – przegrywały.

Mijał czas. Otwarcie kraju na zachodni kapitał wymiotło polskich bazarowych protokapitalistów. Zamiast tego powstały sklepy wielkopowierzchniowe. Stopniowo system krzepł. A na jego szczycie rozsiedli się tacy, których kapitalizm kocha: bezwzględni i pomysłowi. Choć moralna ocena czyścicieli kamienic musi być jednoznaczna, a koszty społeczne ich działalności są koszmarne, trudno nie podziwiać ich kapitalistycznego killer instinctu. Przecież w Warszawie pieniądze leżały na ulicy! Wystarczyło być dostatecznie cynicznym i obeznanym z procedurami, by inwestując marne tysiączki zgarniać miliony. Państwo na proceder patrzyło przez palce. Piękny przykład stosowanego korwinizmu .

Dzięki ruchom lokatorskim i miejskim powoli nawet do najbardziej przepojonych wolnorynkową ideologią jednostek zaczęło docierać, że coś tu jest nie w porządku. Sytuacja przypomina mi o fragmencie z jednej z moich ulubionych dziecięcych książek Joachim lis. Detektyw dyplomowany. Przeciwnikiem tytułowego bohatera jest legendarny złodziej X. X słynie z tego, że potrafi ukraść całe miasto: znikają nagle wszystkie balkony, potem drzwi, a w końcu nie zostaje nic. Naprawdę trudno było oprzeć się wrażeniu, że w Warszawie działa taki X.

Jaka była odpowiedź największych polskich partii na patologie coraz wyraźniej widoczne w tkance stolicy naszego europejskiego państwa? Żadna. Jaka była odpowiedź mediów? Bardzo długo ograniczona do łzawych historii, okraszonych okazjonalnym głosem eksperta. I co? I wszystko trwało w najlepsze. Sprawę zamiatano pod dywan. Ale tak to zwykle bywa ze śmieciami spod dywanu, że wyłażą. I co zrobiono, kiedy śmieci spod dywanu zaległy na samym środku salonu? Nic. Zamordowanie działaczki lokatorskiej Jolanty Brzeskiej, spalenie żywcem kobiety nie było wystarczającym impulsem, by władza coś w sprawie reprywatyzacji zrobiła. A sprawa Jolanty Brzeskiej jest zaledwie najbardziej drastycznym z tysięcy przypadków. Gdzie wtedy byli politycy tak zatroskani o los naszej demokracji? Gdzie były te grupy ludzi tak chętne, by „bronić konstytucji”, gdy podstawowe konstytucyjne prawa ich współobywateli były deptane? Co do większości, nie wiem. Ale z wywiadu z byłym prezydentem RP Bronisławem Komorowskim w Kulturze Liberalnej wnioskuję, że pan prezydent zachwycał się prawdopodobnie orłem z czekolady i starał się zwalczać „nieznośny patos” polskiej debaty publicznej. Kudos, jakby powiedzieli Amerykanie.

Tymczasem w prawdziwym świecie przejmowano kolejne kamienice z lokatorami. I nic. Można usłyszeć głosy, że powołanie komisji weryfikacyjnej to element gry politycznej. Część kampanii, która ma odebrać Warszawę PO i strącić w niebyt Hannę Gronkiewicz-Waltz. Zapewne. Nie mam także wątpliwości, że materiał w TVP dotyczący uchylenia przez komisję wydania kamienicy w ręce biznesmenów reprywatyzacyjnych był mocno propagandowy. Wszystko to nie zmienia faktu, że decyzje „reprywatyzacyjne” (w istocie prywatyzacyjne) były zwyczajnie skandaliczne.

Jako osoba nieobojętna na zaniechania, błędy i pewne okrucieństwo PO słyszałem już wiele razy, że rządy PiS to wina „takich, jak ja”. Osób, które w debacie publicznej obecnie określa się mianem symetrystów. Tylko, kiedy znów spotkamy się na jakimś Czarnym Proteście albo innej manifestacji w obronie grup, których PiS akurat nie lubi, chciałbym w końcu usłyszeć, co przez tyle lat powstrzymywało ich politycznych pupili przed uchwaleniem ustawy reprywatyzacyjnej, którą właśnie proponuje PiS? Czekam, bo naprawdę chciałbym zrozumieć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *