Naukpol Sp. z o. o.

Od ponad 25 lat trwa w nauce próba przykrycia się wszystkich zbyt krótką kołderką. Kołderkę czyszczono, wietrzono i przewracano na drugą stronę. Jakoś jednak nikt nie kwapił się do jej przedłużenia. W rezultacie sporo naukowców z materaca spadnie na zimną podłogę. Co może się fatalnie odbić na naszym wiecznie aspirującym kraju.

W moim prywatnym rankingu zabawnych ironii losu dość wysoko znajduje się fakt, że polską naukę usiłuje się reformować w oparciu o obiegowe opinie, mity, uprzedzenia i ideologiczne zaklęcia. Krótko mówiąc ignorując większość danych, których dostarczyć może nauka. Zdaję sobie sprawę z tego, że „knowledge base policy” to pomysł ekscentryczny, a myślenie „outside of a box” nigdy nie było mocną stroną Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Na nieszczęście naszego kraju myślenie polityczne i poczucie misji nie jest z kolei mocną stroną tak zwanego „środowiska naukowego”.

Jako osoba cokolwiek zrażona do akademickiego życia, mógłbym oczywiście liczyć, że państwo profesorstwo latami ignorujące problemy doktorantów i młodych doktorów być może samo teraz dostanie po głowie. Obawiam się jednak, że nawet groźba poważnej zapaści będącej efektem przeprowadzenia reformy Gowina nie jest w stanie tej całej egotycznej, utytułowanej zgrai skłonić do przemyślenia swoich poglądów. Tymczasem od ponad dekady ruch starający się sprzedać naukę na wolnym rynku nabiera przyspieszenia.

Decydująca jest tu siła myśli neoliberalnej nad Wisłą. Pomimo kryzysu, rosnących dowodów na niewydolność rynków w różnych sferach i innych faktów świadczących na niekorzyść korwinowskiej i balcerowiczowskiej wizji świata, jest to dla naszej sporej części opinii publicznej oraz, co zakrawa na ironię, kadr urzędniczych „ustawienie domyślne”. Nic zatem dziwnego, że na istniejące rzeczywiście patologie jedyną odpowiedzią były: prywatyzacja, kontrakty, konkursy.

Do tego wszystkiego dochodzi przekonanie, że w zasadzie to „winny jest PRL”. Zobaczmy zatem, jak się sprawy mają w USA, tej „ojczyźnie wolnego rynku”, zróbmy wszystko tak, jak tam i będzie znakomicie. Problem w tym, że ten sposób myślenia ma więcej wspólnego z rozrywkową publicystyką Janusza Majcherka (notabene profesora), niż rozpoznaniem warunków, w jakich funkcjonują polskie uniwersytety.

Zanim więcej o tym, dlaczego nie jesteśmy w stanie i nie powinniśmy kopiować rozwiązań znanych ze Stanów Zjednoczonych, chciałbym poświęcić odrobinę uwagi, czemu debata w środowisku naukowym jest tak trudna. Wydaje mi się, że do ważnych czynników należą:

  • silne zhierarchizowanie stosunków – interesy doktorantów, doktorów i profesorów są mocno rozbieżne;
  • nastawienie na rywalizację – współpraca pomiędzy dyscyplinami jest mocno nieprawdopodobna, ponieważ zarządzający mają tendencję do traktowania swoich jednostek, jakby były ostatnią chatką oblężoną przez stado zombie;
  • rzadkie występowanie myślenia w kategoriach politycznych wśród przedstawicieli nauk ścisłych – tendencja do tłumaczenia wszystkiego na abstrakcyjne algorytmy, wymyślanie rozwiązań niebiorących pod uwagę rzeczywistych ludzi na pewno utrudniają rozmowę z inżynierami na temat funkcjonowania akademii;
  • pęknięcie pomiędzy naukami ścisłymi a naukami społecznymi i humanistyką – brak zrozumienia specyfiki pracy innych części świata naukowego, poczucie wyższości, nie stanowią dobrego początku współpracy.

Wszystko to są przeszkody, które da się pokonać. Problem leży jednak także w tym, że część środowiska jest bardzo zadowolona zarówno z obecnego systemu, jak i kierunku zmian. Są bowiem dla nich korzystne. Poparcie ze strony rektorów uczelni z dużych miast czy szefostwa Narodowego Centrum Nauki, na których reforma ma dość umiarkowany wpływ jakoś mnie nie dziwi. W końcu co ich obchodzi los uczelni w mniejszych ośrodkach? Możliwość likwidacji kierunku rozporządzeniem Ministra NiSW? Jeden kierunek w tę czy wewtę – nie robi to wielkiej różnicy.

Poparcie Narodowego Centrum Nauki nie dziwi. Jest to instytucja powstała po to, by karać naukowców, a nie po to, żeby uzdrowić system. Było to wiadomo od samego początku. Przyjęte założenia utrzymują przewagę kliki profesorskiej, granty są za małe, by można było mówić o jakościowej zmianie w naukach ścisłych, za to nauki społeczne nie dość, że dostają takie sobie pieniądze, to sposób oceny faktycznie pozostawia wnioskujących bez jakiejkolwiek możliwości obrony. Znam przypadek nestora pewnej dziedziny, któremu recenzenci NCN-u utrącili wniosek przyznając mu 4 na 5 możliwych punktów za dorobek naukowy. Dodajmy, że jest to profesor, który jest znany w swojej dziedzinie na całym świecie i publikujący regularnie od lat 50. Konkurowanie o granty z NCN-u sprzyja również rozbijaniu jedności środowiska naukowego. Jeśli środki z uniwersytetów są za małe, pozostaje liczyć na granty.

Ale może polska nauka zasługuje na to wszystko, bo jest nisko w rankingach? Może zwyczajnie rzeczywiście zajmują się nią postkomunistyczne złogi, a wszystko to jest nic niewarte?

Gdyby tak było, to polscy naukowcy wyjeżdżający za granicę nie byliby w stanie odnosić z dość sporą regularnością, imponujących sukcesów. Że to kwestia sytemu dowodzą chociażby badania Izabeli Wagner nad losami naukowców-emigrantów.

A może rzeczywiście Ameryka? No cóż, jeśli przeznaczymy po kilkanaście miliardów dolarów na dwa największe uniwersytety, może uda się wyrównać to, co Princeton czy Harvard zgromadziły w ciągu kilkuset lat swojego istnienia. Wypadałoby także wprowadzić system odpłatności oraz premiować hojne donacje łaskawym traktowaniem dzieci milionerów. Oprócz tego można, oczywiście fundować stypendia zdolnej młodzieży. Byle niezbyt hojne i w niezbyt dużej ilości, bo to mogłoby uszczuplić majątek uniwersytetu.

Co zatem z resztą uniwersytetów? Kilka będzie sobie jako tako radzić. Reszta będzie raczej kiepska. No i należy pamiętać, by utrzymywać sporą armię zapasową naukowców oraz eksploatować doktorantów jak tylko można. Skok jakości kształcenia gwarantowany.

Mówiąc serio, zamiast zabierać się od razu do wybierania modelu, jakbyśmy kupowali auto, może warto byłoby sobie najpierw odpowiedzieć, czemu ma służyć uniwersytet? Czego jako społeczeństwo oczekujemy od nauki? Czy zależy nam tylko na miejscach w rankingu szanghajskim czy może chodzi o coś więcej? Dopiero odpowiedzi na te pytania powinny warunkować proponowane rozwiązania.

Gwarantowanie ministrowi możliwości rozwiązywania kierunków, które akurat są mu nie w smak („społeczna przydatność” jest na tyle niejasną kategorią, że pozyskanie odpowiedniej ekspertyzy nie stanowi żadnego problemu) w każdym wypadku wprowadza niepewność oraz potencjalnie pozwala na niweczenie każdej długofalowej strategii. Jest to niebezpieczne i należy się temu sprzeciwiać, nawet jeśli nasze mniemanie o dziennikarstwie, europeistyce, kulturoznawstwie czy teologii jest niskie. Likwidacja mniejszych ośrodków (kontynuacja logiki wyznaczania Krajowych Naukowych Ośrodków Wiodących), które prowadzą przecież często wartościowe i interesujące badania, to ślepa uliczka. Logika „oczyszczania”, pozbywania się elementów „zbędnych” (nawiasem mówiąc nieobca myśli faszystowskiej) prowadzi w końcu zawsze do sytuacji, w której ostatnich pięciu „prawdziwych Polaków” czy „wybitnych naukowców” siedzi na ruinach tego, co miało zostać przez „oczyszczenie” uzdrowione. Można, a nawet należy być krytycznym wobec „temkinowców”, jak czasem określa się zwolenników rozwiązań proponowanych przez Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej. Jednak fakt, że „gowinowcy” o swoich pomysłach rozmawiać lubią w gronie już przekonanych, a ministrowi zdarza się blokować udział przedstawicieli Komitetu w dyskusjach na pewno nauce nie pomaga.

Jak by jednak wobec proponowanych zmian nie być krytycznym, trzeba docenić, że obecny minister nie próbuje przynajmniej chować się za „zewnętrznymi ekspertami”. Poprzednia ekipa zamówiła w Ernst & Young wartą miliony złotych analizę, w której oprócz komunałów geniusze z firmy doradczej umieścili trochę wykresów pobranych z Wikipedii.

Można z pewną dozą pewności przyjąć, że niezależnie od poglądów politycznych jesteśmy w stanie zgodzić się przynajmniej z kilkoma założeniami dotyczącymi nauki. W skrócie rzecz ujmując, panuje konsensus, że nauka ma pomóc Polsce wyzwolić się w końcu z pozycji półperyferyjnych. Może warto przeprowadzić analizy porównawcze systemów nauki i szkolnictwa? Może jakoś odnieść się do kwestii połączenia przemysłu i nauki? W każdym razie sięgnięcie do metod naukowych daje możliwości, by oprzeć się na danych, a nie uprzedzeniach.

Odnosząc się do zorganizowanej przez Nowe Peryferie debaty powiem, że nawet jeśli chcielibyśmy uniwersytet zaorać, to nie musimy tego robić za pomocą kościanego pługa ciągnionego przez wołu.

Na koniec chciałbym jeszcze raz wyrazić swój bezgraniczny szacunek dla straceńców, którzy mimo przeciwności losu zdecydowali się kontynuować karierę naukową. Koleżanki, koledzy – chapeaux bas.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *