Zbadać Miastko i mieć ciastko

„Dobra zmiana w Miastku” to wynik badań terenowych w małym mieście na Mazowszu. Mam nadzieję, że mieszkańcy pomorskiego Miastka wybaczą autorom tę, może nienajszczęśliwszą, metodę anonimizacji i zechcą skupić się na meritum raportu. Pomimo pewnych zastrzeżeń, które można, a nawet należy, mieć do strony metodologicznej badania (które zasadniczo dobrze podsumował w Dzienniku Opinii Michał Bilewicz), wyniki powinny uczynić przedmiotem refleksji zarówno obóz rządzący, jak i przedstawicieli opozycji.

Nauki społeczne, jak zresztą cała nauka, nie mają ostatnio łatwego życia. Ich wartość jest poddawana w wątpliwość razem z całą humanistyką. Nie jest to dziwne, zważywszy na fakt, że profesorowie prawa, filozofii czy socjologii pełniąc rozmaite funkcje publiczne, uprawiając publicystykę albo politykę znakomicie sobie radzą z desakralizacją uniwersyteckiego wykształcenia. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby zawód „profesor uniwesytetu” opuścił czołówkę rankingu zaufania społecznego, w której znajduje się niezmiennie od kilkudziesięciu lat.

Na szczęście wciąż nie brakuje badaczy, którzy pokazują, że nauka może być przydatna, a wyniki badań nie muszą zgnić w uczelnianych murach. Ostatnim przykładem pracy akademickiej, która jest szeroko komentowana i może wpłynąć na postrzeganie sytuacji politycznej jest raport „Dobra zmiana w Miastku” powstały pod kierunkiem Macieja Gduli, socjologa z Uniwersytetu Warszawskiego.

Czytając prasę, zwłaszcza liberalną można odnieść wrażenie, że „wyborca PiS” (wyborców innych partii też to dotyczy) to takie mityczne stworzenie, o którym każdy słyszał, ale nikt nie wie, jak wygląda naprawdę. W rezultacie powstają obrazy przypominające fantastyczne średniowieczne europejskie wyobrażenia słoni czy małp mające więcej wspólnego z wyobraźnią artysty, niż realnym zwierzęciem. Niby sondażownie badają nas wzdłuż i wszerz. Ale wyniki badań ilościowych nie sięgają wyobraźni. Poza tym nie mówią nic o motywacjach obywateli. Jeśli dodać do tego bardzo silną w naszym kraju pogardę dla biedniejszych współobywateli nie jest niczym zaskakującym, że powstał obraz ciemnego ludu, który sprzedaje „naszą wolność” za pięćset złotych.

Maciejowi Gduli należą się brawa za instynkt socjologiczny. Zamiast wikłać się w spekulacje, czy mityczny wyborca Prawa i Sprawiedliwości ma rogi, czy też ich nie ma, postanowił to sprawdzić. Być może, gdyby za jego przykładem poszło więcej dziennikarzy, a elity polityczne były troszkę bardziej zainteresowane czymś poza własnym bagienkiem, nie mielibyśmy wielu problemów, z którymi od lat boryka się nasza sfera publiczna.

Raport Gduli, stworzony przy współpracy Katarzyny Dębskiej i Kamila Trepki, podważa kilka obiegowych przekonań. Jednym z nich jest podejście do głosowania przesiąknięte prymitywnym ekonomizmem. To rodzaj myślenia w kategoriach finansowego zysku i straty. W badaniach Gduli potwierdza się raczej to, co zauważył już jakiś czas temu Thomas Frank: ważniejszy od aspektu materialnego jest sens, jaki nadaje osobistemu życiu polityka. Ciekawa jest zresztą trwałość przekonania o tym, że wyborów politycznych dokonuje się po dokładnym dokonaniu bilansu zysków i strat. Jeśli wśród czytelników jest wyborca, który z kartką i ołówkiem liczył wysokość swoich podatków i wartość wyborczych obietnic, proszę o kontakt. Ja chyba nikogo takiego nie znam.

Za wyborem politycznym musi chyba stać coś więcej, jeśli dana partia jest w stanie zdobyć szerokie poparcie wśród różnych grup. Autorów raportu bardzo ciekawi pytanie: co łączy wyborców PiS-u? Proponują oni dość prostą odpowiedź: wizja świata i chęć uczestnictwa w budowaniu lepszej wspólnoty. Gdula proponuje nam, byśmy spojrzeli na pewien zestaw przekonań i wrażliwość właściwe przebadanym wyborcom rządzącej partii. Dla ich opisu proponuje termin „neoautorytaryzm”.

Rozdział raportu poświęcony tej koncepcji przeczytałem z mieszanymi uczuciami. Na pewno każda propozycja, która zastępuje tautologiczne wyjaśnienia wyborczych wyników takim lub owym „populizmem” zasługuje na uwagę. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że pojęcie neoautorytaryzmu jest konstrukcją podobnego rodzaju. Być może niedostatki płyną z ograniczonego miejsca, a wątpliwości rozwieje dłuższa publikacja na ten temat przygotowywana przez zespół Krytyki Politycznej. Osobiście razi mnie trochę, że w samym raporcie neoautorytaryzm oznacza de facto sposób, w jaki budują pojęcie normalności wyborcy PiS. Trochę brakuje tu kontekstu, innych zestawów przekonań, z którymi można by go porównać.

Zostawiając na boku te zastrzeżenia, warto pochylić się nad zsyntetyzowanymi przez badaczy poglądami zwolenników Prawa i Sprawiedliwości. Motywacje dla poparcia partii Jarosława Kaczyńskiego różnią się w klasie średniej i ludowej. Przedstawiciele tej ostatniej z zadowoleniem przyjęli odsunięcie od władzy Platformy Obywatelskiej postrzeganej jako skompromitowaną „elitę”. Jednocześnie posunięcia władzy pozwalają na budowanie poczucia własnej godności: transfer socjalny w rodzaju 500+ postrzegany (zapewne słusznie) jako należne uznanie wysiłku związanego z wychowaniem dzieci pozwala jednocześnie odróżnić się od tych, którzy tę pięćsetkę „na pewno przepiją” oraz imigrantów i uchodźców, którzy do normalnej wspólnoty należeć nigdy nie będą. Klasa średnia popierająca PiS traktuje swoje wybory bardziej pryncypialnie. Posunięcia traktowane przez liberalne media jako skandaliczne postrzegane są raczej jako realizacja demokratycznego mandatu. Nie mamy więc do czynienia z ludźmi nienawidzącymi demokracji, ale patrzącymi na system inaczej, niż teoretycy demokracji liberalnej.

Wypada się cieszyć, że raport jest szeroko komentowany przez prasę. Pytanie tylko, czy coś z tego wyniknie. Obawiam się, że koleiny w jakie wpadły niektóre redakcje mogą być zbyt głębokie, by się z nich wydobyć. Jakoś bez większej nadziei oczekuję tekstów Michalskiego, Hartmana czy Lisa, w których bez pogardliwości i pouczania zastanowią się w końcu, jak to się stało, że opcja Tuska, Kopacz i Komorowskiego przegrała ostatnie wybory. Interesująco byłoby także przeczytać, co na temat tego raportu sądzą prawicowi publicyści.

W każdym wypadku raport „Dobra zmiana w miastku” to przykład tego, jak nauki społeczne powinny angażować się w życie publiczne: dostarczając ciekawego wglądu w sposób myślenia i przeciwstawiając się popularnym stereotypom. Koledzy i koleżanki parający się socjologią – czekam na więcej!

KT

P.S. Przepraszam za tytuł, ale nie mogłem się powstrzymać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *