Ofiary losu: o jeden most za daleko

Jakakolwiek lewicowość, a więc także architekci i budowniczowie II RP związani z partiami socjalistycznymi czy ruchem chłopskim kojarzeni są ogólnie z „komuną”. „Żołnierze wyklęci”, termin wykreowany w latach 90. powoli stają się pojęciem przezroczystym. Z całą pewnością ma to swoje konsekwencje dla kształtowania obecnej wizji świata. Pytanie, czy można jeszcze coś z tym zrobić?

Jakieś dziesięć lat temu polityka historyczna stanowiła gorący temat. Byli tacy, których oburzał sam termin, ponieważ postrzegali historię jako naukę, która z definicji powinna być obiektywna. Niektórzy przyjęli ją z nadzieją. Obecnie, choć temat odżywa przy okazji dyskusji o ustawie dekomunizacyjnej nie ma już tej nośności, co przed dekadą. Jedną z przyczyn wydaje się być, że polityka historyczna, w wersji prawicowej, po prostu odniosła skutek.

Skoro udało się przechylić szale w jedną stronę, można ten proces odwrócić. Tak zdaje się myśleć Krzysztof Iszkowski. Jego książka „Ofiary losu” stara się przedstawić historię naszego kraju z takiej perspektywy, by zajrzeć za najbardziej utarte schematy. Książka ma ambicję, by stać się przyczynkiem do liberalno-lewicowej polityki historycznej. Niestety chociaż ciekawa i nieźle napisana, w moim odczuciu swojego celu nie spełnia.

Na samym początku autor, co mu się chwali jasno wykłada swój pogląd na świat. Przyjmuje zatem, że rzeczywistość ma charakter czysto materialny, ale że materią ludzką rządzą często wykreowane przez nią (mózgiem, a więc, jak rozumiem, materialne) wyobrażenia. Drugim założeniem jest przemożny wpływ przypadku na dzieje. Wydaje mi się to bardzo dobrym punktem wyjścia.

Wzorem autora książki, zanim przejdę do omówienia „Ofiar…” pozwolę sobie na kilka uwag ogólnych. Przeszłość to sprawa polityczna. To, jak w opowiadaniu historii łączy się fakty i stawia akcenty jest obarczone wielkim ryzykiem. Jak w każdej literaturze konieczna jest synteza, odsianie tego, co dla opowieści nie jest istotne. Ponieważ ilość zdarzeń, które już miały miejsce jest kolosalna nie sposób stworzyć neutralnej, obejmującej wszystkie aspekty opowieści. Albo, by być bardziej precyzyjnym, jest to możliwe dla bardzo małych wycinków czasu, a przydatność mrówczego faktograficznego badania wydarzeń w Małopolsce 18 grudnia 2001 roku jest dyskusyjna.

Aby historią móc się podzielić, musi być jakiś czynnik porządkujący. Myśl, moralne lub polityczne zagadnienie, któremu podporządkowany zostanie dobór zdarzeń. Celowo nie używam słowa „fakt”, ponieważ znaczenie zdarzenia w danej opowieści może się ogromnie różnić w zależności od kontekstu, w który zostanie wplecione.

I właśnie dyskusję z faktami stawia sobie Iszkowski za cel. Wychodzi mu to nieźle. Czytanie alternatywnej historii średniowiecza jest bardzo pouczające i odświeżające. Wbrew deklaracjom jednak, alternatywna historia przeważa zdecydowanie nad porządną analizą historii realnej. Autor zastrzega, że książka nie ma charakteru naukowego. Momentami jednak rozpiętość wizji bywa aż nużąca.

Do najmocniejszych momentów należy pozbawione emocji podejście do historii XIX wieku i nowe spojrzenie na stosunki Polsko-Rosyjskie. Niezabarwione uprzedzeniami oraz koniecznością narodotwórczej pracy spojrzenie rzeczywiście każe zastanowić się nad niewykorzystanymi szansami oraz znacznie surowiej oceniać zarówno powstanie listopadowe, jak i zryw z 1863 roku.

Iszkowski wyciąga wszelkie wnioski z faktu, że narody to „wspólnoty wyobrażone”, które ukształtowały się w długim procesie historycznym. Nie pozwala myśleć o Polakach, jako o jakiejś wiecznej całości. I w odniesieniu do sytuacji średniowiecza ma to sens: wojny prowadziły rody, a etniczność nie miała aż takiego znaczenia. Świadczy o tym choćby fakt, że mieszczaństwo miast polskich było głównie niemieckie, a conajmniej do XVIII wieku korzystanie z najemnych żołnierzy wszelkich narodowości nie było niczym niezwykłym. Dlatego pokazywanie, jaki potencjał miałoby stworzenie królestwa z terenów dzisiejszych Czech i części Polski jest bardzo ciekawe. Podobnie, jak rozważanie konsekwencji objęcia dziedzicznego tronu w Moskwie przez Wazów.

Jednak, gdy Iszkowski zaczyna na poważnie proponować jako alternatywę dla realnej polskiej historii sojusz z hitlerowskimi Niemcami robi się naprawdę dziwnie. Autor przekonuje nas, że dla polskiej racji stanu warto było zgodzić się na korytarz eksterytorialny, przystąpić do paktu antykominternowskiego i wspólnie z Rzeszą najechać Rosję. Druga Rzeczpospolita nie kochała swoich Żydów, argumentuje Iszkowski. Dlaczego więc nie chciała iść z Hitlerem, pyta. No i tutaj książka, moim zdaniem, się wykłada.

Rozumiem założenie, żeby patrzeć na historię bez sentymentu. Obawiam się jednak, że podstawą dla lewicowej czy liberalnej polityki historycznej nie może być perspektywa oparta na tego rodzaju kalkulacjach. Po pierwsze, nie bardzo rozumiem, jak liberał, a tak siebie postrzega Krzysztof Iszkowski, może przechodzić do porządku dziennego nad konsekwencjami antysemityzmu. A co więcej, traktować go, jako zjawisko neutralne i naturalne niczym grawitacja. Po drugie, unikający esencjalizowania we wcześniejszych rozdziałach autor tutaj milcząco zakłada, że Polska to kraj Polaków i los żydowskich czy romskich obywateli II RP nie ma znaczenia. Wobec czego sojusz z Hitlerem niczego nie zmienia. Tak, jakby getta ławkowe były tym samym, co planowe mordy.

Żeby była jasność: nie mam żadnych wątpliwości, że w przedwojennej Polsce panoszył się obrzydliwy antysemityzm. II RP nie kochała swoich Żydów. Ale jednak ONR nie dzierżył niepodzielnie władzy, w przeciwieństwie do NSDAP.

Pozostaje jeszcze jeden mały szkopuł: dynamika III Rzeszy. Kolejne opracowania wskazują, że cały system był przesiąknięty obsesją oczyszczania cechującą Adolfa Hitlera. Dążenie do czystości rasy nie miało się bynajmniej zakończyć po wymordowaniu Żydów. W „Korzeniach totalitaryzmu” bardzo przekonująco opisuje to Hannah Arendt. Opierając się na nazistowskich dokumentach filozofka stwierdza, że następni w kolejce byli Polacy.

O ile żywię pewną sympatię do działalności publicznej autora „Ofiar losu”, to z przykrością muszę stwierdzić, że nie jest to pozycja, która spełnia swoje zamierzenia. Do rozdziału o XX wieku szło całkiem nieźle, ale potem nawigator się pomylił. To, co miało być błyskotliwym atakiem komandosów na prawicową politykę historyczną wylądowało zdecydowanie o jeden most za daleko.

***

Krzysztof Iszkowski

Ofiary losu. Inna historia Polski

wyd. Fundacja Industrial

Łódź 2017

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *